poniedziałek, 21 maja 2018

Od Joe CD Leonardo

Joe przyjął odpowiednią pozycję, aby móc spojrzeć na ukochanego. Zobaczył zadziorne spojrzenie trytona, które uwielbiał. Uwielbiał każdy aspekt swojego księcia nawet cechy, które mu przeszkadzały, bo przecież dzięki nim Leoś jest Leosiem a nie kimś innym, z kim nie mógłby założyć rodziny i mieć długoletniego stażu związkowego. Joey był przekonany, że Leonardo jest tą jedyną osobą na świecie, która dałaby radę z nim wytrzymać tyle lat, zaakceptować to, kim jest i to, kim będzie się stawał w przyszłości.
Brunet złapał swojego partnera za rękę i przyciągnął delikatnie, układając go koło siebie na pachnącej pościeli. Położył się na nim i szczelnie go objął, całując go po całej twarzy, czym wywołał chichot Leo. Kiedy przerwał, uśmiechnął się, patrząc w oczy ukochanego. Joe kciukiem zgarnął delikatnie włosy z czoła fioletowłosego i pogładził miękkie pasma. Pocałował Leonardo, przesuwając dłoń z włosów na jego szyję. Tryton położył dłonie na bokach bruneta i po chwili zaczął go łaskotać. Joe podniósł się trochę, opierając rękę o materac.
– Ej, miałeś mi opowiedzieć o historiach z morza! Nie ma, najpierw masaż i opowieści, dopiero później inne rzeczy!
– Och, jak ja cię wymasuje to się nie pozbierasz, książę!
Obaj prychnęli i jednogłośnie stwierdzili:
– Nieee, to brzmiało źle.
Znowu wrócili do śmiechu.
– Co mam ci powiedzieć, mój książę, dużo wody, soli, wilgoci i braku prywatności. Podczas powrotu zaatakowała nas okropna burza a wcześniej choroba, którą marynarze złapali podobno od psa, który ich pogryzł. Ale tej choroby nie zdobywa się w ten sposób, zwłaszcza od zwierząt. Wracając do burzy, większość pożywienia przemokła mimo doświadczonych ludzi na statku, którzy wiedzieli jak ochronić pożywienie przed wodą i wszyscy byli wygłodniali, gdyż trzeba było ograniczać dzienne porcje. Dalej jadaliśmy trzy razy dziennie, ale mniej niż wcześniej. Mój książę, już nie wiem, co ci opowiedzieć. Na pewno pewne anegdotki i historie przypomnę sobie przy okazji jakiś wydarzeń lub gdy po prostu sobie o nich przypomnę. Satysfakcjonuje to księcia?
Joe przyjął prowokujący uśmieszek i spoglądał na ukochanego, który szybko pstryknął go w nos. Wtedy brunet, wykorzystując okazję, przechwycił jego dłoń i pocałował jej wierzch, gładząc wewnętrzną stronę nadgarstka trytona kciukiem. Nietrudnym było zauważyć zaskoczenie na twarzy władcy, ale szybko przyjęło ono formę rozczulenia, co zakończyło się gładzeniem zmiennokształtnego po policzku. Wilczek przymknął wtedy oczy, chcąc jak najdłużej i jak najbardziej odczuwać tylko dotyk ukochanej osoby. Bawiło go jak bardzo wciąż czuł się jak ten zakochany dwudziestoparolatek, ten wręcz szczeniak. Oczywiście nie był już tym człowiekiem, który kiedyś nie akceptował i nie zgadzał się na słowo nie; jak bardzo nie znosił siebie ze swojej młodości, jak bardzo wróciłby do starego siebie i trzasnął go w łeb. Ale przy Leo czuł się tak beztrosko, choć trosk i zmartwień miał więcej niż za swojej faktycznej młodości. Zastanawiało go dlaczego jako ten dzieciak nie miał tych typowych dla tego momentu życia problemów, a może je miał, ale był zbyt tępy, nieogarnięty, hedonistyczny, aby je zauważyć? Nie miał pojęcia, kim był Joe z przeszłości. Ale nie nienawidził go, gdyż w końcu Leoś go kochał, a to musiało oznaczać, że był choć trochę dobry.


«Leonardo? || Yeah, ściemnianie w temacie emocji level ja [czyli próba zbudowania portretu psychologicznego postaci, która kończy się failem]»

niedziela, 13 maja 2018

blogowe rzeczy vol. 4 – powrót

Dzień dobry!
Wprowadziłam zmiany do formularza, dokładniej przywróciłam podpunkt Lęki. Do wszystkich członków bloga mam prośbę, aby przesłali mi w wiadomości prywatnej ten podpunkt.

Dziękuję za uwagę, miłego dnia

black&white, gif, grunge, halloween, lol, skeleton

niedziela, 29 kwietnia 2018

Od Leonardo CD Joe

Leo nie mógł sobie pozwolić na taką zniewagę, dlatego nachylił się i zabrał talerz ukochanemu, stawiając go zaraz obok swojego posiłku. Joe zdziwił się, jednak zareagował na ten gest szybko, a mianowicie zabrał się za jedzenie prosto z mis i waz. Tryton wpierw się naburmuszył, liczył na jakieś wyznanie miłości ze strony starszego, jednak ostatecznie i tak się delikatnie uśmiechnął. Wilczek zasłużył na to wszystko, robił dla swojego ukochanego tyle, że ten był pewien, że nie uda mu się odwdzięczyć za pomoc w jego życiu. Dorastanie, wychowanie dziecka, nawet prowadzenie królestwa, gdyby nie Joe, Leo nie dałby sobie z tym wszystkim rady. Nie mógł zrobić wiele, jednak mógł nakarmić partnera, dlatego nałożył na jego talerz masę ziemniaków, a także innych warzyw, skąpiąc mu natomiast mięsa. Taki oto talerz położył pod nos długowłosego, podając mu również chusteczkę, by mógł wytrzeć twarz umorusaną sosem.
– Nie jestem na diecie – zaznaczył Joe, chwytając serwetkę od króla. – A jeśli już na jakiejś, to na mięsnej.
– Warzywa są zdrowe, więc proszę, zjedz je. Nawet Ruby nie narzeka, gdy podają nam warzywne potrawy – poinformował, myśląc, że przykład ich córki przekona wilkołaka do warzyw. – Gdy wróci, zjemy sałatkę orientalną. Ostatnio w królestwie mieliśmy okazję gościć kilku wędrownych handlarzy, którzy zapoznali kucharzy z wyspy i najbliższych miast wodnych z ciekawym przepisem. Był wprawdzie z kałamarnicami, jednak nie będziemy zabijali poddanych, nie jesteśmy potworami.
– A ja bym zjadł taką kałamarnicę, zamiast marchewki... Byłaby pyszna – jęknął mężczyzna, wycierając sobie twarz, a także przybierając marzycielski wyraz twarzy. – Albo rybkę... Taką fioletową i tłuściutką...
Leonardo aż otworzył usta zaskoczony, zaraz uderzając partnera ogonem pod stołem. Joe zaśmiał się na to i podniósł od stołu, by pocałunkiem udobruchać kochanka. Zaraz jednak powrócił do swojej drugiej miłości, jedzenia. Reszta posiłku minęła im w ciszy, Leo zajadał się sałatką z kurczakiem i szczypcami skorpiona, a Wilczek... Wilczek jadł wszystko, co tylko mógł. W pewnym momencie młodszy z mężczyzn zaczął się zaciekawiony przyglądać starszemu, zastanawiając się z poważnym wyrazem twarzy nad jego wyjazdami. Wprawdzie to wilkołak, jednak on naprawdę był głodny jak wilk. Czyżby źle ich tam żywili? Brakło jedzenia, wody, medykamentów? Musiał dbać o swoich poddanych i miłość, dlatego jeszcze dziś wieczorem miał zamiar zapoznać się z dziennikiem pokładowym i opiniami Joeya. Teraz jednak wolał wycierać jego brudne kąciki ust, na co sam posiadacz tej twarzy nie protestował.
– Wiem, w kogo wdała się nasza córka – zaśmiał się władca, gdy obydwoje podnosili się od stołu. – Ech, jak miło mieć znów nogi. Jestem spięty, będziesz mi musiał wymasować jeszcze je, gdy skończę z twoimi plecami.
– Nawet ich nie dotknąłeś, rybko – zauważył ciemnowłosy, obejmując i całując króla. – Musisz to szybko nadrobić.
Joe chwycił dłoń Leo, po czym zaciągnął go na łóżko, gdzie sam położył się na brzuchu. Tryton natychmiast usiadł na plecach kochanka, a konkretniej na jego tyłku, by spokojnie móc zaciskać palce na spiętych mięśniach wybranka. Sprawiało mu przyjemność dogadzanie wilkołakowi, mógł mu chociaż nieco pomóc w odpoczęciu. Joe również korzystał z tej przyjemnej sytuacji, wzdychając co jakiś czas zadowolony. Fioletowowłosy przykładał się do masażu wtedy bardziej, naciskał mocniej mięśnie, starał się też działać na większym polu, by było ciemnowłosemu jeszcze lepiej, niż jest.
– Czy mam jeszcze coś dla ciebie zrobić? – zapytał Leoś, zabierając z pleców Joeya jego własne włosy.
– Nie przerywaj – mruknął wilkołak, napinając się nieco. – Tak jest mi cudownie. Mogę tu umierać, rybeńko.
– O nie, wpierw będziesz musiał mi wyjawić swoje przygody na morzu i wymasować całego, wtedy będziesz mógł umierać – zaśmiał się, kładąc na plecach ukochanego. – Ups, przerwałem. Musisz mnie jakoś zachęcić do kontynuowania, Wilczku.


« Joe? »

środa, 18 kwietnia 2018

Blogowe rzeczy vol. 3 - Discordy i inne czary

Cześć Wam,        Założyłam dla naszej małej społeczności serwer na Discordzie – zobaczymy, czy przeżyję ogarnianie, jak to wszystko działa.

KLIK NA LOGO

niedziela, 15 kwietnia 2018

Od Alexandry – Topielec i tańce wśród nocy

Gnijące członki ciała ukazywały się w szaleńczym tańcu. Zamiast twarzy można było ujrzeć maski z ludzkich twarzy z ekspresjami skrajnych emocji. Ciało drgało w spazmatycznych ruchach tańca wokół zmartwionej, zaskoczonej i trochę zniesmaczonej dziewczyny, która nie chciała być zniesmaczona, ale była już strasznie zmęczona i lekko poirytowana po przebytym dniu.
Zapleśniałe ciało tańczyło i zdawało się rozprzestrzeniać i pochłaniać całą przestrzeń, skupiając uwagę tylko na sobie. Było czuć odór maczanego miesiącami w pobliskim jeziorze truchła, które w nagłych, nieporadnych podrygach rozpadało się z obrzydliwym, obślizgłym dźwiękiem upadania płynów fizjologicznych na ziemię. Trup kręcił uniesionymi do góry rękoma, potrząsając zardzewiałymi bransoletami i kajdanami. Trząsał również swoimi biodrami pokrytymi brzęczącą biżuterią.
Tym ciałem był topielec szamanki.
Można by o niej długo opowiadać; o jej rozpadających się piersiach, które obwisły prawie do pępka, o tym, że w jej martwej formie dalej było widać piękno żywej wersji, co chyba można nazwać komplementem dla dawniejszej przedtopielcowej dziewczyny, ale nie ma co się na tym skupiać, gdyż sama czarnowłosa nie zwracała na nią uwagi. A raczej starała się tego nie robić.
Alexandra prosiła rycerza, z którym podróżowała, aby rozbić się dalej od jeziora, gdyż zwykle kończy się to nieprzyjemnie, ale ten stwierdził, że nie widzi potrzeby. Później się upił i albo w tamtym momencie spał, albo umarł z zatrucia alkoholowego. Dziewczyna zastanawiała się, czy nie podejść do niego i nie sprawdzić jego funkcji życiowych, ale przez głośne chrapnięcie została zapewniona, że nie ma takiej potrzeby.
Przeklęty giermek wciąż słyszał klekotanie metalu i ciała Pani Topielec i przez rezygnację stwierdził, że przyjrzy się swojemu adoratorowi, ale zrobi to jak najmniej zauważalnie, gdyż gdy okaże choć trochę zainteresowania, rozmoczone ciało będzie chciało się przybliżyć i dotykać Alexandrę. Zrobiło się jej żal topielca, kiedy ujrzała kajdany również na jego kostkach. Podejrzewała jaka historia mogła się za tym kryć i poczuła okropny uścisk w klatce piersiowej. Już parę razy spotkała się z zakutymi topielcami – chłopi często topiąc, karali za zachowanie, które im się nie podobało albo „czyścili” świat z dziwadeł, ponieważ to oni nie rozumieli albo nienawidzili, dlatego trzeba się źródła uświadomienia głupoty wyzbyć.
Alexandra często słyszała, że nie powinna współczuć tym stworzeniom, przecież to wszystko p o t w o r y, ale ona nie potrafiła – pałała do nich swego rodzaju sympatią i empatią, choć często nie rozumiała, czy po prostu bała się tych istot. Sama źle się czuła z tym że sprawia im problemy i wywraca ich życie do góry nogami przez swoją klątwę, często też sprowadzając na nich ryzyko śmierci. Wielokrotnie, może aż za często, zastanawiała się, czy może śmierć nie byłaby dla nich swego rodzaju wybawieniem i nagrodą w postaci ukojenia i spokoju. Myślała, czy może nie powinna odbierać im jestestwa, ale zastanawiała się też, czy może tak naprawdę są szczęśliwe albo, czy w ogóle mają uczucia – źle się czuła z tym, że nawet pomyślała, iż może brak im uczuć i tak naprawdę wszystko im jedno, ale również i ten aspekt musiała rozpatrzyć. Oczywiście najłatwiejszym wyjściem z tej sytuacji byłoby zadanie pytania danemu przedstawicielowi p o t w o r ó w, jakie ma odczucia odnośnie swojego życia i czy może nie chce umrzeć, ale najczęściej było to niemożliwe.
Czuła ogromny smutek, którego źródłem była ta przeszła szamanka w postaci topielca. Smutek był na tyle duży, że MacHawke wiedziała, że przez najbliższy czas nie zaśnie, choćby biorąc pod uwagę dodatkowe nawilżenie oczu. Po chwili obserwacji szaleńczych tańców dziewczyna stwierdziła, że musi coś ze sobą zrobić, nawet jeśli będzie to odsuwanie od siebie zauroczonego w niej stworzenia. Wstała, a szamanka zacieśniła swój krąg taneczny wokół czarnowłosej. Ta ruszyła w stronę ogniska i dorzuciła drwa do ogniska, któremu przez chwilę się przyglądała. Przeciągnęła się i spojrzała na niebo, które zaczęło zasłaniać się chmurami. Postanowiła, że pójdzie się troszkę odświeżyć przy jeziorze, gdyż dawno nie miała do tego okazji – była bardzo poganiana przez swojego rycerza, który nie dawał jej wytchnienia aż do wieczoru. Modliła się, aby nie okazało się ono siedliskiem najad, rusałek czy innych wodnych istot, które miałyby się dołączyć do stowarzyszenia Tańcujących Adoratorów Przeklętych. Ruszyła do swojego pakunku i wygrzebała ręcznik oraz mydło. Cieszyła się, że Pani Topielec nie jest z tych natrętnych zauroczonych stworzeń – ona tylko wokół niej tańczyła.
Zakochana uroczyska przeszła przez dość wąskie pasmo drzew i po chwili znalazła się nad zbiornikiem wodnym. Rozejrzała się uważnie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca oraz potencjalnej grupy fanek w postaci najad, której chciała w razie czego uniknąć. Zdenerwowana oraz niepewna potarła swoją rękę i namierzyła odpowiednie miejsce za dużą skałką. Skierowała się w kierunku skały i po ponownych oględzinach terenu, oparła obok miecz, żeby w razie czego móc odstraszyć nachalnych i natarczywych lovelasów.
Alexandra początkowo chciała się tylko obmyć bez całkowitego pozbywania się ubrań, ale gdy jej stopy dotknęły wody, poczuła niezmożoną potrzebę wykorzystania tej okazji do szybkiej, ale dokładnej kąpieli. Mimo wszystko nie chciała zbyt mocno ryzykować. Rozebrała się w ogromnym chaosie, największy problem sprawiły buty, przy których ściąganiu nieomal się przewróciła. Ułożyła je w jedną kupkę i ruszyła do wody. Uśmiechnęła się pod nosem zadowolona z uczucia towarzyszącego przebywaniu w wodzie i zanurzyła się dwa razy, mocno ściskając w dłoni mydło. Namydliła dłonie i zaczęła się myć, choć bliżej temu było do szorowania.


« Istoto? || Kim będziesz?»

sobota, 14 kwietnia 2018

Od Joe CD Leonardo

Brunet przysłuchiwał się swojemu ukochanemu. Uwielbiał jego entuzjazm i te iskierki w oczach. Zawsze miał wrażenie, że Leonardo nagle się zerwie i zacznie zamaszyście gestykulować, mówiąc o kolejnych sprawach związanych z jego ludem. Joe zdawał sobie sprawę i skrycie okropnie adorował fakt, że Leoś uwielbiał społeczność Grovyvannu, ale nie bardzo interesował się samą polityką – miał o tym pojęcie tylko dlatego, aby dobrze rządzić dla swojego ludu.
Joey prychnął, słysząc słowa o wężowej małżonce jednego z mieszkańców wyspy. Wyobraził sobie wtedy panią wąż w ozdobnej sukni z welonem. Wyszeptał:
– Chętnie bym to zobaczył.
Ukochany wydał z siebie pytający odgłos, a Joe uśmiechnął się i pokręcił głową. Kiedy zapowiadało się na drążenie tematu przez trytona, brunet zaczął całować jego twarz, począwszy od czoła przez nos i skroń po policzki i usta.
Gdy przestali chichotać, zmiennokształtny sięgnął po przekąski, gdyż, musiał przyznać, był głodny. Pragnął przypraw, gdyż przez czas tej podróży jedną przyprawą na jego języku był nadmiar soli, który konserwował mięso. Zaproponował drobny poczęstunek swojemu partnerowi i po chwili pochłonął parę pasztecików oraz trochę tamtejszych owoców. Odłożył tackę z powrotem na zdobny stół, czując, jak z jego włosów kapią krople wody. Spojrzał na Leonardo i zaczesał je do tyłu, ponownie się uśmiechając. Joey przeniósł się na drugi koniec ogona Leosia i zaczął go masować według wcześniejszych poleceń. Przysłuchiwał się śpiewnemu głosowi swojego księcia.
Poczuł nagle chłodny powiew ze strony okna – nim spostrzegli, za oknem zrobiło się pochmurno i zapowiadało się na ulewę. Joe podniósł się, przepasał się ręcznikiem i ruszył, aby przymknąć okno. Po drodze usłyszał głos swojego ukochanego:
– Dlaczego okryłeś się ręcznikiem, Wilczku? Jesteśmy sami. Czyżbyś się wstydził? – Leo poruszył znacząco i prowokująco brwiami. – Uroczo.
Joe zamknąwszy okno, uśmiechnął się pod nosem i spojrzał w oczy swojego księcia. Złapał dwa rogi materiału swojego okrycia i odwiązał je. Gdy upadły na ziemię, brunet zarzucił w tanecznym stylu biodrami cztery razy biodrami – dwa boki, dwa do przodu. Nastała chwila ciszy i wymiany spojrzeń aż obaj parsknęli donośnie. Przez dłuższą chwilę nie mogli się opanować, Joey aż oparł się jedną ręką o pobliski stolik, drugą zakrył swoje czoło i po części oczy, załamany swoim idiotycznym pomysłem.
Podniósł ręcznik z ziemi i powrócił do trytona. Kiedy siadał na skraju, fioletowłosy rzucił:
– Trzeba ten ruch wykorzystać na naszej następnej potańcówce! Idealne.
Joe zaśmiał się i odparł, spoglądając na swojego rozmówce:
– Nie kuś, rybko, nie kuś. Jestem przekonany, że poddani i politycy z innych państw będą zachwyceni tymi dzikimi ruchami. Zwłaszcza widząc mnie bez ubrań.
– Zawsze możesz je założyć, skarbie, nie będę aż taki okrutny. Już sobie to wyobrażam, ludzie wokół rozmawiają, a my tak wychodzimy na parkiet i ten cudowny ruch! Aj, cudowne!
Ponownie obaj się zaśmiali.
Po chwili do komnaty weszła służba z tacami z jedzeniem oraz z dwoma szlafrokami. Joe okrył się szybko ręcznikiem, a Leo wtedy rozbawiony pokręcił głową. Nakryli do stołu, a szlafroki położyli na krześle. Po chwili wyszli, a para zasiadła do stołu – Joe zaniósł władcę Grovyvannu do stołu, gdyż jego ogon nie zamienił się jeszcze w nogi i posadził go na krześle. Zabrali się do jedzenia. Brunet całkowicie nie przestrzegając zasad savoir-vivre, zaczął wydawać z siebie dzikie pomruki zadowolenia i rozkoszy. Ogromnie mu brakowało smaku. Smaku po prostu. Na morzu wszystko było mdłe ostatecznie gorzkie, słone lub lekko stęchłe. Gdy poczuł na języku smak ciepłego mięsa w swoim ulubionym sosie i ziemniaki z masłem oraz wiele innych rzeczy, mało brakowało, a byłby się wzruszył.
Leonardo przyglądał się swojemu ukochanemu i powstrzymywał się od śmiechu, co ponownie można było poznać po oczach. Teatralnie nadąsał się, aby podroczyć się ze swoim życiowym partnerem:
– Bo jeszcze pomyślę, że brakowało ci tego jedzenia bardziej niż mnie. – Tryton zaśmiał się cicho, widząc wyraz twarzy Wilczka.
– Muszę ci powiedzieć, że niedużo się pomyliłeś.
– Osz ty! – Pokazał język Joeyowi, na co ten zaśmiał się.

« Leonardo? || powrót szalonych pomysłów»

sobota, 24 marca 2018

Od Leonardo CD Joe

Leo czuł, że ten pocałunek jest tym, co chciałby robić przez resztę dnia. Przekazywać sobie uczucia w tak prostym geście, który dla niego w tej chwili był najważniejszy na świecie. Tryton starał się przekazać w nim swoje wszystkie uczucia, które nie były jedynie miłością i tęsknotą. Traktował go jak przyjaciela, podziwiał go, szanował, darzył Wilczka wieloma pozytywnymi uczuciami i chciał, by wiedział o wszystkich. Pocałunek musiał się jednak w pewnym momencie skończyć, a gdy to nastało, król chwycił kark swojego partnera, by przyciągnąć się do niego i pocałować w szyję, a przy okazji także powąchać. Joe zaczynał przechodzić zapachem olejków, to bardzo dobrze, ale...
– Pachniesz mokrym wilkołakiem – zaśmiał się Leonardo, odsuwając się i opierając o szeroką wannę, zrobioną specjalnie na potrzeby ogona władcy, dzięki czemu mógł go oprzeć o nogi ukochanego. – Ale nie martw się, jeszcze chwila i będziesz pachniał lepiej ode mnie.
– Miałeś tego nie mówić – jęknął zmiennokształtny, wywracając oczami. – Ja ci nie wypominam, że pachniesz jak ryba.
– Nie miałem mówić, że pachniesz psem, a nie wilkołakiem, a to różnica – oświadczył pewnie długowłosy, uśmiechając się triumfalnie. – Bo dobrze wiesz, że nią nie pachnę… No dobrze, może czasem, ale wiesz, że używam tych specjalnych neutralizujących zapach perfum. Ech, skończmy temat. Odwróć się, umyję ci plecy i włosy, podaj mi tylko płyny.
Leonardo w trakcie mycia partnera opowiadał o kolejnych wydarzeniach ze swojego królewskiego życia, a Joe w ramach rewanżu przedstawiał swoje morskie przygody, których ten pierwszy niezwykle mu zazdrościł. Oświadczył nawet, że nie pozwoli Wilczkowi nigdzie wyjechać w najbliższym czasie, ani nawet później, bo jego następna podróż miała odbyć się z Leosiem i Ruby. Joe oświadczył, że się zastanowi, czym spowodował chwilowe naburmuszenie u kochanka. Minęło ono, dopiero gdy starszy z mężczyzn zgodził się umyć ogon temu młodszemu, co bardzo go zadowalało. Leo lubił, gdy Joe dotykał tej części ciała, w końcu przy bokach miał skrzela, dotyk w tamtych rejonach nie był zbyt możliwy, jednak ogon był cały czas do dyspozycji. Poza tym dotyk na nim był niezwykle przyjemny. W końcu, dotykając się na zmianę, mężczyźni zakończyli kąpiel, co jednak nie równało się z zakończeniem toalety.
– Podaj mi, proszę, maszynkę, musisz się ogolić. Przygotuję ją – postanowił król, przesądzając o losie zarostu wilkołaka.
Ten wyszedł z wody, by od razu skierować się do odpowiedniej białej szafki, na której znajdowały się przyrządy do pozbywania się włosów z ciała. Joe spojrzał na nie, jednak nie chwycił za żaden. Zamiast tego skierował się po miękkie ręczniki leżące na innej szafce, tej przy wielkim, okrągłym lustrze. Brodacz z uśmiechem udał się z dwoma do sypialni, zostawiając przy tym mokre ślady na kafelkach, a po chwili na drewnianej podłodze komnaty króla. Leonardo przyglądał się temu wszystkiemu zdziwiony.
Joe, ale mnie tu nie zostawiaj! – powiedział głośniej, zaczynając wychylać się z wanny, by dostrzec partnera- Nie wyjdę przecież sam!
– Tak, wiem, rybko – zapewnił rozbawiony Joe, powracając do łazienki. – Już cię ratuję, moja syrenko zamknięta w wannie.
Arystokrata podał ręcznik ukochanemu, by zaraz nachylić się i wyjąć go z wanny. Leoś od razu owinął się ręcznikiem, nie chcąc zbytnio pomoczyć rzeczy w drugim pomieszczeniu. Okazało się, że wcześniej ciemnowłosy położył jeden z ręczników na kanapie znajdującej się przy kominku, na którym położył króla. Stwierdził, że to lepsze rozwiązanie, bowiem w ten sposób nie było możliwości na zmoczenie łóżka. Sam stanął przed kochankiem, pokazując piękne zęby.
– Nie mamy więcej ręczników, musimy się zadowolić tymi dwoma – powiedział, mając zamiar dołączyć się do chłopaka.
Zadowolony Leo odkrył się, by zaraz przyjąć do siebie ukochanego. Joe usiadł okrakiem na ogonie trytona, przytulając się do niego od razu. Długowłosy otulił ich przyjemnym materiałem, wtulając policzek w wilgotne włosy.
– Gdy wyschniemy, zrobię ci masaż. Musisz być bardzo spięty po tak długiej nieobecności – szepnął młodszy mężczyzna, zamykając oczy. – Ale ty w zamian wymasujesz mi ogon.
– No nie wiem. Podobno pachnę wilkołakiem, nie wiem, czy nie będzie to zbyt wiele na wrażliwy nos księcia – mruknął Wilczek, uśmiechając się pod nosem.
– Myślę, że mój wrażliwy nos da sobie radę z tym zapachem. Poza tym przytulasz się do mnie. Może, zamiast pachnieć jak spocona ryba albo wilkołak, będziesz pachniał po prostu jak ryba – zaśmiał się władca, zaczynając głaskać plecy towarzysza. – Jak piękna, wielka rybka. Nic tylko cię podziwiać. Będę musiał się pochwalić przed poddanymi. A! Wiesz, że mamy nowych poddanych? W mieście urodziło się kilka syreniątek, a na dodatek przyjęliśmy pod swoje wody kilka syren i trytonów z tego państwa na północy, w którym toczą się wojny. I urodziło nam się kilka hybryd. Mamy małego półelfa, półczłowieka, a nawet półorka! Będziesz musiał też zobaczyć nową żonę jednego z naszych. Jest wężem. Pięknym wężem.


«Joe?»