Goniłem za nią, nie mogłem spuścić jej z oczu. W końcu złapałem ją za rękę i pociągnąłem do siebie.
– Ej, poczekaj. Mam propozycję. Skoro już obiecałem ci, że cię tam nie zaciągnę wbrew swojej woli i obietnicy dotrzymam, to nie masz powodu tak biec. Jak rozumiem, potrzebujesz pewnie kilku nowych rzeczy, a ja jako facet nie mam ochoty uganiać się za tobą po sklepach i to jeszcze z modą damską. Proponuję dać sobie jakiś limit czasu na zakupy. Ja też kupię coś dla siebie i Jardana, a potem się spotkamy w jednym punkcie. Możemy potem gdzieś iść albo wrócić już do gospody. Wybór będzie należał do ciebie. Wybierz sobie, co chcesz, ja nie będę ci przeszkadzał. Myślę, że trzy godziny starczą, najwyżej potem się spotkamy i ustalimy, ile czasu ci jeszcze potem w razie czego potrzeba, hm? Odpowiada ci taki układ, czy chcesz się gonić i nic nie móc sobie powybierać? – Spojrzałem na nią spokojnie. Może nie powinienem jej ufać, ale chciałem. Czekałem chwileczkę na jej odpowiedź.
– No dobra, spotykamy się za trzy godziny pod witryną tamtej cukierni. – Wskazała w lewo, na duży sklepik ze słodyczami.
– Dobra. – Uścisnąłem jej rękę na zgodę i się rozstaliśmy. Poszedłem na targ. Nikt nie kazał mi nic kupować, wystarczyło mi słuchać i zachwycać się ludźmi. Od razu poprawił mi się humor, przestałem się nią przejmować, martwić się, że mi ucieknie. Liczyło się tu i teraz. Krzyki kupców, śmiech dzieci i odgłosy zwierząt.
W końcu trafiłem na stragan rymarza. Postanowiłem kupić nowe siodło i ogłowie dla ogiera. Wybrałem zwykłe czarne, ale mocne i wytrzymałe. Oprócz tego brązowy kantar i juki do siodła, bukłak i palcat. W drodze powrotnej wziąłem też jabłka i marchew dla konia. Odniosłem to do gospody i poszedłem kupić ubrania. Potrzebowałem nowego płaszcza, kilku koszul, spodni i dobrych, wysokich butów. Znalazłem wszystko raz-dwa. Trochę się wykosztowałem. Może przymrę głodem, ale za to w dobrym stylu! Kiedy miałem już wszystko, poszedłem pod cukiernię. Spojrzałem na zegar na ratuszu. Już pięć minut spóźnienia... Ach, te kobiety.
«Cynthia?»
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krystian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krystian. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 sierpnia 2017
Od Krystiana CD Cynthia
Kiedy ją znalazłem w zamkniętej uliczce, zrobiło mi się jej strasznie żal. Podszedłem w jej stronę powoli, uklęknąłem przed nią. Ująłem ją pod brodę i uniosłem jej głowę. Pocałowałem ją namiętnie. Pocałunek podziałał na moje ciało. Potem mocno ją do siebie przytuliłem.
– Dobrze, nie zabiorę cię tam. Ale obiecaj, że już więcej mi tak nie uciekniesz – szepnąłem bardzo poruszony. Wsunąłem dłonie pod jej uda i uniosłem ją jak dziecko, przytulając jej głowę do swojego ramienia. Zaniosłem ją do karczmy, zamówiłem pokój. Wniosłem ją na piętro i od razu zaniosłem do łazienki. Postawiłem ją i zdjąłem z niej całe ubranie. Nie patrzyłem na jej wdzięki, to teraz było nieważne. Nie słuchałem jej sprzeciwów, nie broniłem się przed biciem. Po prostu jej usługiwałem, spokojny i cichy. Wsadziłem ją do wody i umyłem dokładnie. Potem opatrzyłem jej rany i ubrałem ją w swoją koszulkę i bieliznę. Zaniosłem ją na łóżko. Podałem jej coś do picia, ale nie chciała. Nie mogła nie pić, odwodni mi się. Spróbowałem napoić ją na siłę, potem przez pocałunki. Nie miała jak pluć, więc musiała pić. Nie było innego sposobu. Potem kazałem się jej położyć, kiedy nie chciała, ułożyłem się obok niej i objąłem ją ramieniem, przyciągając do siebie. Nie miała jak wstać i uciec.
Trochę minęło, kiedy zasnęła, ale kiedy w końcu to nastało, pierwszy raz poczułem, że chce mi się płakać. Schowałem nos w jej włosach i zamknąłem oczy.
– Kocham cię, cholero, i nawet nie wiesz, jak strasznie się o ciebie martwiłem… – Dwie obietnice spełnione. Oparłem głowę wygodnie na poduszce, tuląc ją do siebie ostrożnie. Pozwoliłem sobie wsunąć dłoń pod jej koszulkę, na brzuch. Zasnąłem…
«Cynthia?»
– Dobrze, nie zabiorę cię tam. Ale obiecaj, że już więcej mi tak nie uciekniesz – szepnąłem bardzo poruszony. Wsunąłem dłonie pod jej uda i uniosłem ją jak dziecko, przytulając jej głowę do swojego ramienia. Zaniosłem ją do karczmy, zamówiłem pokój. Wniosłem ją na piętro i od razu zaniosłem do łazienki. Postawiłem ją i zdjąłem z niej całe ubranie. Nie patrzyłem na jej wdzięki, to teraz było nieważne. Nie słuchałem jej sprzeciwów, nie broniłem się przed biciem. Po prostu jej usługiwałem, spokojny i cichy. Wsadziłem ją do wody i umyłem dokładnie. Potem opatrzyłem jej rany i ubrałem ją w swoją koszulkę i bieliznę. Zaniosłem ją na łóżko. Podałem jej coś do picia, ale nie chciała. Nie mogła nie pić, odwodni mi się. Spróbowałem napoić ją na siłę, potem przez pocałunki. Nie miała jak pluć, więc musiała pić. Nie było innego sposobu. Potem kazałem się jej położyć, kiedy nie chciała, ułożyłem się obok niej i objąłem ją ramieniem, przyciągając do siebie. Nie miała jak wstać i uciec.
Trochę minęło, kiedy zasnęła, ale kiedy w końcu to nastało, pierwszy raz poczułem, że chce mi się płakać. Schowałem nos w jej włosach i zamknąłem oczy.
– Kocham cię, cholero, i nawet nie wiesz, jak strasznie się o ciebie martwiłem… – Dwie obietnice spełnione. Oparłem głowę wygodnie na poduszce, tuląc ją do siebie ostrożnie. Pozwoliłem sobie wsunąć dłoń pod jej koszulkę, na brzuch. Zasnąłem…
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Nie umiałem spać. Cały czas miałem przed oczami obraz bestii z piękną twarzą Cysi. Potwór, demon, zabójca... Ale też śliczna, delikatna, przestraszona Cynthia. Nie wiedziałem jak ją postrzegać... Znałem jej dwa oblicza, oba zapewne prawdziwe. Westchnąłem głośno i zacisnąłem palce na swoich włosach.
– Co się dzieje... Cynthia, kim ty jesteś? Muszę z tobą porozmawiać. Ale najpierw potrzeba cię znaleźć. Szkoda, że nie jestem psem albo wilkiem. Tylko głupim kotem – mruknąłem niezadowolony. – Przynajmniej podobało ci się mruczenie i futerko. Twoje piękne, delikatne dłonie. – Uśmiechnąłem się. – To jesteś prawdziwa ty. Delikatna, kobieca, zmysłowa. Żywiołowa, pełna energii, urocza. Czasami potrzebująca pomocy i oparcia, tego dosłownego też. – Uniosłem znów medalik na wysokość oczu. – Kocham cię taką, Cysiu... – wyszeptałem tak, żeby nikt przypadkiem tego nie usłyszał. Uśmiechnąłem się. Ale ja jestem głupi...
Przed świtem zszedłem przygotować konia, wysprzątać stajnie. Potem poszedłem zjeść śniadanie. Kiedy kończyłem, na placu pojawiło się już sporo osób patrzących na trofeum łowcy. Ojciec też tam był. Po cichu zbliżyłem się do niego. Usłyszałem rąbek rozmowy, ale było tam coś o wydawaniu policji. Na to nie pozwolę, nigdy. Odbiegłem, zwracając tym samym jego uwagę i wskoczyłem na grzbiet konia. Wyjechałem na miasto w galopie. Muszę ją znaleźć przed nimi wszystkimi!
W mieście musiałem zwolnić. Za dużo ludzi na ulicach, blokowali przejazd. No i Jardan się denerwował. Zsiadłem z ogiera i prowadziłem go za sobą za pasek kantara, trzymając jego łeb blisko siebie. Rozglądałem się za nią czujnie.
– Gdzie jesteś...? – zamruczałem cicho jak kot. Szukałem jej tak do późnego południa. Potem wyjechałem poza miasto. Krążyłem po okolicznym lesie, nasłuchując i rozglądając się. Znalazłem truchło królika. Nie zabiło go zwierzę, o nie. No i nie było jakoś wiele śladów krwi. Ktoś ją zebrał albo spił... Na gałęzi znalazłem kosmyki jej pięknych włosów. Była tu i chyba wiem, co się stało ze zwierzakiem... Zacząłem dokładniej przeszukiwać las, mając nadzieję, że szybko ją znajdę.
Niestety musiałem wrócić do miasta, kiedy zaczęło zmierzchać. Ludzie już uciekali do domów i ulice były puste, więc jechałem konno. Przeglądałem twarz mijanych ludzi, usilnie próbując znaleźć Dziedzica. Martwiłem się coraz bardziej. Gdzie ona do cholery była?! Czułem się bezsilny i beznadziejny. Przecież nie mogła się rozpłynąć! Załamany zatrzymałem się w gospodzie na piwo. Może tu czegoś się dowiem. Zamówiłem kufel dobrego piwa i zająłem miejsce obok łowców przygód. Słuchałem ich. Kiedy zaczęli mówić o upiornej pannie młodej, od razu wykazałem większe zainteresowanie. Kto by pomyślał, że zaczną krążyć o niej legendy niedługo po jej wyczynach. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem, słysząc, z jakim strachem ostrzegają się nawzajem i straszą. Nagle usłyszałem rżenie konia i wyszedłem szybko. Czyżby ktoś chciał zwinąć ogiera? Wypadłem z gospody i spojrzałem na niego. Koń tańcował w miejscu, wyrzucając łeb do góry, patrząc w jednym kierunku. Spojrzałem w tamtą stronę i myślałem, że zaraz się rozpłaczę. Jej twarz mignęła mi tylko chwilę, ale wiedziałem, że to ona. Puściłem się zaraz miękkim sprintem w jej stronę i objąłem ją w żelaznym uścisku szczęśliwy.
– Tak się o ciebie bałem, mała cholero...
«Cynthia?»
– Co się dzieje... Cynthia, kim ty jesteś? Muszę z tobą porozmawiać. Ale najpierw potrzeba cię znaleźć. Szkoda, że nie jestem psem albo wilkiem. Tylko głupim kotem – mruknąłem niezadowolony. – Przynajmniej podobało ci się mruczenie i futerko. Twoje piękne, delikatne dłonie. – Uśmiechnąłem się. – To jesteś prawdziwa ty. Delikatna, kobieca, zmysłowa. Żywiołowa, pełna energii, urocza. Czasami potrzebująca pomocy i oparcia, tego dosłownego też. – Uniosłem znów medalik na wysokość oczu. – Kocham cię taką, Cysiu... – wyszeptałem tak, żeby nikt przypadkiem tego nie usłyszał. Uśmiechnąłem się. Ale ja jestem głupi...
Przed świtem zszedłem przygotować konia, wysprzątać stajnie. Potem poszedłem zjeść śniadanie. Kiedy kończyłem, na placu pojawiło się już sporo osób patrzących na trofeum łowcy. Ojciec też tam był. Po cichu zbliżyłem się do niego. Usłyszałem rąbek rozmowy, ale było tam coś o wydawaniu policji. Na to nie pozwolę, nigdy. Odbiegłem, zwracając tym samym jego uwagę i wskoczyłem na grzbiet konia. Wyjechałem na miasto w galopie. Muszę ją znaleźć przed nimi wszystkimi!
W mieście musiałem zwolnić. Za dużo ludzi na ulicach, blokowali przejazd. No i Jardan się denerwował. Zsiadłem z ogiera i prowadziłem go za sobą za pasek kantara, trzymając jego łeb blisko siebie. Rozglądałem się za nią czujnie.
– Gdzie jesteś...? – zamruczałem cicho jak kot. Szukałem jej tak do późnego południa. Potem wyjechałem poza miasto. Krążyłem po okolicznym lesie, nasłuchując i rozglądając się. Znalazłem truchło królika. Nie zabiło go zwierzę, o nie. No i nie było jakoś wiele śladów krwi. Ktoś ją zebrał albo spił... Na gałęzi znalazłem kosmyki jej pięknych włosów. Była tu i chyba wiem, co się stało ze zwierzakiem... Zacząłem dokładniej przeszukiwać las, mając nadzieję, że szybko ją znajdę.
Niestety musiałem wrócić do miasta, kiedy zaczęło zmierzchać. Ludzie już uciekali do domów i ulice były puste, więc jechałem konno. Przeglądałem twarz mijanych ludzi, usilnie próbując znaleźć Dziedzica. Martwiłem się coraz bardziej. Gdzie ona do cholery była?! Czułem się bezsilny i beznadziejny. Przecież nie mogła się rozpłynąć! Załamany zatrzymałem się w gospodzie na piwo. Może tu czegoś się dowiem. Zamówiłem kufel dobrego piwa i zająłem miejsce obok łowców przygód. Słuchałem ich. Kiedy zaczęli mówić o upiornej pannie młodej, od razu wykazałem większe zainteresowanie. Kto by pomyślał, że zaczną krążyć o niej legendy niedługo po jej wyczynach. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem, słysząc, z jakim strachem ostrzegają się nawzajem i straszą. Nagle usłyszałem rżenie konia i wyszedłem szybko. Czyżby ktoś chciał zwinąć ogiera? Wypadłem z gospody i spojrzałem na niego. Koń tańcował w miejscu, wyrzucając łeb do góry, patrząc w jednym kierunku. Spojrzałem w tamtą stronę i myślałem, że zaraz się rozpłaczę. Jej twarz mignęła mi tylko chwilę, ale wiedziałem, że to ona. Puściłem się zaraz miękkim sprintem w jej stronę i objąłem ją w żelaznym uścisku szczęśliwy.
– Tak się o ciebie bałem, mała cholero...
«Cynthia?»
czwartek, 10 sierpnia 2017
Od Krystiana CD Cynthia
Słyszałem całą kłótnię. To, co sobie oboje powiedzieli, było okropne. Było mi tak szkoda Cynthii. Chciałbym stanąć w jej obronie, ale wtedy wyszłoby na jaw, że podsłuchiwałem no i, że mi na niej zależy. Jak mógłbym jej pomóc? Porozmawiać z jej ojcem? Nie, to głupie i złe. Nie mogę tego zrobić. Muszę udawać, że o niczym nie wiem i wspierać ją z ukrycia... Nie mogę powiedzieć, co do niej czuję, przecież to Dziedzic. A nawet jeśli to jestem przecież tylko głupim sierściuchem.
Ale może jej ojciec miał rację. Przecież chcę ją tylko chronić. Chociaż nie powinien mówić takich słów... Zamyślony spojrzałem w dal i zobaczyłem ją, jak wychodzi poza gildię. Ruszyłem za nią po dachach.
Wracałem, czując, jak zbiera mi się na wymioty. To, co ona zrobiła... „Potwór” To słowo huczało mi w głowie. Nie! Cysia nie jest potworem, o nie! Uderzyłem się za takie myśli. Usiadłem znów na dachu, tam gdzie poprzednio. Czekałem na nią. I doczekałem się... Przyniosła prezenty. Widziałem, jak zrywa jeszcze coś z szyi i ciska to na łby, a potem ucieka. Odczekałem chwilę, a potem zeskoczyłem na dół. Zabrałem medalik i schowałem go dobrze. Poszedłem wziąć konia. Jeśli zacznę ją teraz gonić, to może coś mi zrobić... Poczekam do rana. Znajdą jej trofea i poproszę wtedy o zgodę na jej poszukiwania. Jej ojciec pewnie będzie się martwił... Ja za to będę się teraz zamartwiał całą noc. Poszedłem do swojego pokoju i usiadłem na łóżku. Wyciągnąłem medalik i spojrzałem na niego.
– Sprowadzę cię do domu, obiecuję. Powiem ci, co czuję... – szepnąłem i musnąłem wargami metal ozdoby. – Moja Cysia...
«Cynthia?»
Ale może jej ojciec miał rację. Przecież chcę ją tylko chronić. Chociaż nie powinien mówić takich słów... Zamyślony spojrzałem w dal i zobaczyłem ją, jak wychodzi poza gildię. Ruszyłem za nią po dachach.
Wracałem, czując, jak zbiera mi się na wymioty. To, co ona zrobiła... „Potwór” To słowo huczało mi w głowie. Nie! Cysia nie jest potworem, o nie! Uderzyłem się za takie myśli. Usiadłem znów na dachu, tam gdzie poprzednio. Czekałem na nią. I doczekałem się... Przyniosła prezenty. Widziałem, jak zrywa jeszcze coś z szyi i ciska to na łby, a potem ucieka. Odczekałem chwilę, a potem zeskoczyłem na dół. Zabrałem medalik i schowałem go dobrze. Poszedłem wziąć konia. Jeśli zacznę ją teraz gonić, to może coś mi zrobić... Poczekam do rana. Znajdą jej trofea i poproszę wtedy o zgodę na jej poszukiwania. Jej ojciec pewnie będzie się martwił... Ja za to będę się teraz zamartwiał całą noc. Poszedłem do swojego pokoju i usiadłem na łóżku. Wyciągnąłem medalik i spojrzałem na niego.
– Sprowadzę cię do domu, obiecuję. Powiem ci, co czuję... – szepnąłem i musnąłem wargami metal ozdoby. – Moja Cysia...
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Nie miałem odwagi jechać za nią. Zabrałem konia na jazdę po lesie. Cały czas o niej myślałem. Nie lubi tego. Więc dlatego to robi? No przecież to okropne, robić coś takiego wbrew sobie. Muszę zapytać, ale pewnie mnie zabije. Hahahaha! Raz kozie śmierć. Zresztą i tak chce mnie zabić. Zupełnie nieskupiony na jeździe dostałem gałęzią po twarzy. To był dobry powód, aby wrócić na ziemię. Pędziłem z Jardanem przez pola i błonia, skupiając się jedynie na pracujących mięśniach pod skórą wierzchowca i biciu naszych serc. To była wspaniała cisza. Dobrze, że miałem zajęcie, bo tak to bym siedział i myślał. O niej (co nie byłoby takie złe), o matce i całym swoim beznadziejnym życiu…
Wróciłem do domu, osuwając się z konia z powodu rany. Zmierzchało już. W drodze do pokoju pytałem o nią, czy już wróciła, czy jest. Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Musiałem więc sprawdzić sam. Poszedłem pod jej pokój, nikogo nie było. No tak, klient… Westchnąłem i poszedłem zmienić opatrunek. Wziąłem prochy, które mi dała. Siedziałem przy ścianie i rysowałem. Siedziałem tak, póki nie poczułem się dobrze. Nie wiedzieć czemu dziwnie działały na mnie te leki. Pomagały, owszem, ale potem długo kręciło mi się w głowie, świat wirował i czułem się, jakbym był z ołowiu. To straszne uczucie dla zwinnego kota.
Kiedy wszystko minęło, ubrałem się i usiadłem na dachu, nad pokojem ojca Cysi. Tam miałem dobry widok na bramę no i sam staruszek był całkiem przyjemny. Czekałem na nią. Martwiłem się, nawet bardzo. Nosiło mnie, więc non stop łaziłem po dachu, tam i z powrotem. Było późno, a jej dalej nie było. No gdzie, ona jest?! Odwróciłem się, żeby już skakać na kolejny dach i wtedy ją zobaczyłem. Przeraziłem się. Co jej się stało? Chciałem prędko do niej skakać, ale… Przecież nie jestem nikim ważnym, nie powinna mnie interesować. Poza tym pewnie by się zdenerwowała, o to. Usiadłem i westchnąłem. Czyżbym głupio się zakochał w kimś, dla kogo będę głupim szczeniakiem?
«Cynthia?»
Wróciłem do domu, osuwając się z konia z powodu rany. Zmierzchało już. W drodze do pokoju pytałem o nią, czy już wróciła, czy jest. Nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Musiałem więc sprawdzić sam. Poszedłem pod jej pokój, nikogo nie było. No tak, klient… Westchnąłem i poszedłem zmienić opatrunek. Wziąłem prochy, które mi dała. Siedziałem przy ścianie i rysowałem. Siedziałem tak, póki nie poczułem się dobrze. Nie wiedzieć czemu dziwnie działały na mnie te leki. Pomagały, owszem, ale potem długo kręciło mi się w głowie, świat wirował i czułem się, jakbym był z ołowiu. To straszne uczucie dla zwinnego kota.
Kiedy wszystko minęło, ubrałem się i usiadłem na dachu, nad pokojem ojca Cysi. Tam miałem dobry widok na bramę no i sam staruszek był całkiem przyjemny. Czekałem na nią. Martwiłem się, nawet bardzo. Nosiło mnie, więc non stop łaziłem po dachu, tam i z powrotem. Było późno, a jej dalej nie było. No gdzie, ona jest?! Odwróciłem się, żeby już skakać na kolejny dach i wtedy ją zobaczyłem. Przeraziłem się. Co jej się stało? Chciałem prędko do niej skakać, ale… Przecież nie jestem nikim ważnym, nie powinna mnie interesować. Poza tym pewnie by się zdenerwowała, o to. Usiadłem i westchnąłem. Czyżbym głupio się zakochał w kimś, dla kogo będę głupim szczeniakiem?
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Spojrzałem na nią jeszcze zaspany. Nie do końca rozumiałem co mam zrobić.
– No pośpiesz się – pogoniła mnie. Spojrzałem na nią. Aaa. Gorset i sznureczki. Uśmiechnąłem się i zaciągnąłem gorset i zawiązałem go. Nie słyszałem z jej strony żadnych jęków i stęków, więc chyba dobrze to zrobiłem.
Po wszystkim wstałem, ziewając i poszedłem pod jej prysznic. Odkręciłem wodę i odetchnąłem. Umyłem włosy tym, co znalazłem i opłukałem się dokładnie. Potem owinięty tylko ręcznikiem podszedłem do szafy i zacząłem szukać czegoś do ubrania.
– Co ty robisz? – usłyszałem jej zdziwiony głos. Odwróciłem się do niej. – To moja szafa.
–No tak... O cholera. – Wyszedłem dalej owinięty ręcznikiem z pokoju Dziedzica, prosto do ludzi. Mieli niezłe miny, kiedy zobaczyli mnie w takim stanie. Przeszedłem się do swojego pokoju i tam przebrałem się szybko. Mówiła o jakimś wyjściu, więc coś wygodnego i wytrzymałego. Ubrałem się i zszedłem od razu na śniadanie. Już tam była i zajadała.
– Smacznego. – Przywitałem się i zająłem miejsce obok niej. Skinęła mi tylko głową. Zdążyłem zjeść tylko jedną kanapkę, zanim zerwała się z miejsca, wołając mnie za sobą, no jak psa! Bez zastanowienia jednak ruszyłem za nią. – To gdzie idziemy?
– Do lasu, kończą mi się zapasy.
– I potrzebujesz mnie, żeby znowu nie zginąć jak wtedy? – zapytałem, szczerząc się do niej. Spiorunowała mnie wzrokiem za tą uwagę. Zaśmiałem się tylko cicho. Przed wyjściem dostałem dwa koszyczki i torbę z fiolkami. No ładnie. Ruszyłem za nią w milczeniu. Prowadziła mnie, gdzie chciała.
Na miejscu opisała mi kilka ziółek i kazała iść ich szukać. Poszedłem więc. Niestety dla mnie wszystkie zioła były takie same. Więc kiedy przyniosłem jej dwa razy trujące zioła, postanowiła zbierać ze mną. Zaczęła od tych na samym dole. Nie mogłem napatrzeć się na jej tyłek, kiedy się pochylała… Czułem jak z każdym pokłonem mam coraz ciaśniej w gaciach. No cóż…
Kiedy uzbieraliśmy jeden koszyk, uznała, że czas zebrać coś z góry.
– Podsadź mnie tu – rozkazała, stając przy jednym z drzew. Zrobiłem to posłusznie. Wspięła się po mnie. Kiedy próbowała po coś sięgnąć, noga jej się ześlizgnęła i wylądowała pośladkami w moich dłoniach. Walczyłem ze sobą, aby nie zacisnąć palców. To była ciężka walka i prawie w niej poległem. Prawie. Podsadziłem ją znowu wyżej.
– Ej, nie tak wysoko! – krzyknąłem do niej, widząc, co robi. – Nie właź tam, małpko! Zejdź cyrkowcu! – Widziałem tylko jak dłoń i stopa ześlizgują się jej z kory i jak leci do tyłu. Zareagowałem natychmiast. Wyskoczyłem i złapałem ją. Wylądowałem miękko na ściółce i spojrzałem na nią. – Powiedz, jak to ma wyglądać i ci to zdejmę, tylko mi tam nie właź! – krzyknąłem na nią zmartwiony. Patrzyła na mnie, zdziwiona, a potem zaczęła się tylko śmiać. Postawiłem ją.
– Nie, dziś już koniec. Wracamy – oznajmiła. Skinąłem tylko głową i ruszyłem za nią. Nie odzywałem się, zamknąłem się w sobie.
Na miejscu zaniosłem wszystko tam, gdzie mi kazano. Ona szybko się zmyła. Kiedy dostarczyłem całe zielsko, wróciłem do pokoju się przebrać i poszedłem do Jardana. Zobaczyłem ją, jak wychodzi w stronę bramy. Dosiadłem konia i pogoniłem go tam. Zajechałem jej drogę.
– Gdzie idziesz?
– Nie twój interes.
– Powiedz.
– Do klienta.
– Nie idź...
– Bo co?
– Bo nie chcę… Nie lubię, kiedy tam chodzisz… – odezwałem się cicho.
«Cynthia?»
– No pośpiesz się – pogoniła mnie. Spojrzałem na nią. Aaa. Gorset i sznureczki. Uśmiechnąłem się i zaciągnąłem gorset i zawiązałem go. Nie słyszałem z jej strony żadnych jęków i stęków, więc chyba dobrze to zrobiłem.
Po wszystkim wstałem, ziewając i poszedłem pod jej prysznic. Odkręciłem wodę i odetchnąłem. Umyłem włosy tym, co znalazłem i opłukałem się dokładnie. Potem owinięty tylko ręcznikiem podszedłem do szafy i zacząłem szukać czegoś do ubrania.
– Co ty robisz? – usłyszałem jej zdziwiony głos. Odwróciłem się do niej. – To moja szafa.
–No tak... O cholera. – Wyszedłem dalej owinięty ręcznikiem z pokoju Dziedzica, prosto do ludzi. Mieli niezłe miny, kiedy zobaczyli mnie w takim stanie. Przeszedłem się do swojego pokoju i tam przebrałem się szybko. Mówiła o jakimś wyjściu, więc coś wygodnego i wytrzymałego. Ubrałem się i zszedłem od razu na śniadanie. Już tam była i zajadała.
– Smacznego. – Przywitałem się i zająłem miejsce obok niej. Skinęła mi tylko głową. Zdążyłem zjeść tylko jedną kanapkę, zanim zerwała się z miejsca, wołając mnie za sobą, no jak psa! Bez zastanowienia jednak ruszyłem za nią. – To gdzie idziemy?
– Do lasu, kończą mi się zapasy.
– I potrzebujesz mnie, żeby znowu nie zginąć jak wtedy? – zapytałem, szczerząc się do niej. Spiorunowała mnie wzrokiem za tą uwagę. Zaśmiałem się tylko cicho. Przed wyjściem dostałem dwa koszyczki i torbę z fiolkami. No ładnie. Ruszyłem za nią w milczeniu. Prowadziła mnie, gdzie chciała.
Na miejscu opisała mi kilka ziółek i kazała iść ich szukać. Poszedłem więc. Niestety dla mnie wszystkie zioła były takie same. Więc kiedy przyniosłem jej dwa razy trujące zioła, postanowiła zbierać ze mną. Zaczęła od tych na samym dole. Nie mogłem napatrzeć się na jej tyłek, kiedy się pochylała… Czułem jak z każdym pokłonem mam coraz ciaśniej w gaciach. No cóż…
Kiedy uzbieraliśmy jeden koszyk, uznała, że czas zebrać coś z góry.
– Podsadź mnie tu – rozkazała, stając przy jednym z drzew. Zrobiłem to posłusznie. Wspięła się po mnie. Kiedy próbowała po coś sięgnąć, noga jej się ześlizgnęła i wylądowała pośladkami w moich dłoniach. Walczyłem ze sobą, aby nie zacisnąć palców. To była ciężka walka i prawie w niej poległem. Prawie. Podsadziłem ją znowu wyżej.
– Ej, nie tak wysoko! – krzyknąłem do niej, widząc, co robi. – Nie właź tam, małpko! Zejdź cyrkowcu! – Widziałem tylko jak dłoń i stopa ześlizgują się jej z kory i jak leci do tyłu. Zareagowałem natychmiast. Wyskoczyłem i złapałem ją. Wylądowałem miękko na ściółce i spojrzałem na nią. – Powiedz, jak to ma wyglądać i ci to zdejmę, tylko mi tam nie właź! – krzyknąłem na nią zmartwiony. Patrzyła na mnie, zdziwiona, a potem zaczęła się tylko śmiać. Postawiłem ją.
– Nie, dziś już koniec. Wracamy – oznajmiła. Skinąłem tylko głową i ruszyłem za nią. Nie odzywałem się, zamknąłem się w sobie.
Na miejscu zaniosłem wszystko tam, gdzie mi kazano. Ona szybko się zmyła. Kiedy dostarczyłem całe zielsko, wróciłem do pokoju się przebrać i poszedłem do Jardana. Zobaczyłem ją, jak wychodzi w stronę bramy. Dosiadłem konia i pogoniłem go tam. Zajechałem jej drogę.
– Gdzie idziesz?
– Nie twój interes.
– Powiedz.
– Do klienta.
– Nie idź...
– Bo co?
– Bo nie chcę… Nie lubię, kiedy tam chodzisz… – odezwałem się cicho.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Powąchałem napój i skrzywiłem się. Posmakowałem trochę i oddałem jej butelkę.
– No i kto tu jest dzieckiem? Koszyczek ze słodyczami pod łóżkiem i z krzykiem, kiedy zabrać dzidzi butelkę – droczyłem się z nią. Poczułem, jak zabija mnie wzrokiem i wbija mi łokieć pod żebro. Zachichotałem tylko i zmierzwiłem jej włosy. Przyglądałem się jej, jak zajada i popija w ciszy, gładząc ją po włosach. Czasami podkradałem jej smakołyki, które chciała skonsumować i sam się nimi zajadałem. Wtedy wydawała z siebie dźwięk oburzenia i wydymała usta obrażona. Podobało mi się to, tak uroczo. Mierzwiłem wtedy jej włosy albo łaskotałem ją lekko po szyi, albo bokach.
Nawet nie zauważyłem, że to już prawie wieczór. Tak szybko zleciał nam czas na jedzeniu, piciu (choć to głównie ona trzymała butelkę) i rozmowie o niczym. Pociągnąłem nosem, węsząc.
– Chyba się już wywietrzyło – odezwałem się i spojrzałem na dół. Dziedzic zasnął oparty o moją pierś. O kurcze, poczułem, jak policzki robią mi się ciepłe. Pewnie miałem odcień dorodnego buraczka. Dobra, czas się ogarnąć. Powoli zsunąłem ją z siebie i zabrałem jej koszulkę od nosa. Wstałem cicho i zakryłem wszystkie okna. Otworzyłem jedno i odetchnąłem świeżym powietrzem. Spojrzałem w jej stronę uśmiechnięty lekko. Zbliżyłem się do niej i rozłożyłem swoją koszulkę. Przebiorę ją w piżamę, przecież tak niewygodnie.
Szukałem po szafkach, ale nic nie znalazłem. Hm… Wróciłem do niej i zacząłem od spodni. Zostawiłem ją w samej bieliźnie. Najgorzej było z górą… Kiedy zdjąłem już z niej bluzkę i spojrzałem na nią w całości, wpadłem w zupełny zachwyt jej ciałem. Była idealna i taka piękna. Jak teraz na nią spojrzałem, to bałem się jej dotknąć, ponieważ skojarzyła mi się z delikatną porcelanową laleczką. Pochyliłem się nad nią i pogłaskałem jej policzek. Patrzyłem na jej śliczne oblicze, zaparło mi dech. Byłem nią szczerze uroczony… Oparłem dłoń obok jej głowy i delikatnie musnąłem jej usta swoimi. Raz, krótko. Kiedy się poruszyła prawie, dostałem zawału. Natychmiast się od niej odsunąłem. Jak tylko ją ubiorę, muszę lecieć pod prysznic. Zimny prysznic. Ostrożnie uniosłem jej tors do góry, opierając ją na swoim ramieniu i nałożyłem jej swoją koszulkę. Potem wziąłem ją na ręce i położyłem inaczej. Zakryłem ją pościelą i uciekłem do łazienki. Uspokoiłem ciało i umysł pod strumieniem wody w zupełnej ciemności.
Wróciłem do niej i położyłem się na łóżko, ułożyłem się na poduszkach nad jej głową. Czuwałem.
Nagle usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi.
– Panienko? – Otworzyłem zielone kocie oczy i wydałem z siebie niski groźny pomruk. Patrzyłem na postać mężczyzny groźnie.
– Odejdź i zostaw ją – odezwałem się chłodno. Facet natychmiast zamknął drzwi i się wycofał. Spojrzałem na nią i odgarnąłem luźne kosmyki z jej twarzy. Potem znów zamknąłem oczy i zasnąłem w pełni świadomie.
«Cynthia?»
– No i kto tu jest dzieckiem? Koszyczek ze słodyczami pod łóżkiem i z krzykiem, kiedy zabrać dzidzi butelkę – droczyłem się z nią. Poczułem, jak zabija mnie wzrokiem i wbija mi łokieć pod żebro. Zachichotałem tylko i zmierzwiłem jej włosy. Przyglądałem się jej, jak zajada i popija w ciszy, gładząc ją po włosach. Czasami podkradałem jej smakołyki, które chciała skonsumować i sam się nimi zajadałem. Wtedy wydawała z siebie dźwięk oburzenia i wydymała usta obrażona. Podobało mi się to, tak uroczo. Mierzwiłem wtedy jej włosy albo łaskotałem ją lekko po szyi, albo bokach.
Nawet nie zauważyłem, że to już prawie wieczór. Tak szybko zleciał nam czas na jedzeniu, piciu (choć to głównie ona trzymała butelkę) i rozmowie o niczym. Pociągnąłem nosem, węsząc.
– Chyba się już wywietrzyło – odezwałem się i spojrzałem na dół. Dziedzic zasnął oparty o moją pierś. O kurcze, poczułem, jak policzki robią mi się ciepłe. Pewnie miałem odcień dorodnego buraczka. Dobra, czas się ogarnąć. Powoli zsunąłem ją z siebie i zabrałem jej koszulkę od nosa. Wstałem cicho i zakryłem wszystkie okna. Otworzyłem jedno i odetchnąłem świeżym powietrzem. Spojrzałem w jej stronę uśmiechnięty lekko. Zbliżyłem się do niej i rozłożyłem swoją koszulkę. Przebiorę ją w piżamę, przecież tak niewygodnie.
Szukałem po szafkach, ale nic nie znalazłem. Hm… Wróciłem do niej i zacząłem od spodni. Zostawiłem ją w samej bieliźnie. Najgorzej było z górą… Kiedy zdjąłem już z niej bluzkę i spojrzałem na nią w całości, wpadłem w zupełny zachwyt jej ciałem. Była idealna i taka piękna. Jak teraz na nią spojrzałem, to bałem się jej dotknąć, ponieważ skojarzyła mi się z delikatną porcelanową laleczką. Pochyliłem się nad nią i pogłaskałem jej policzek. Patrzyłem na jej śliczne oblicze, zaparło mi dech. Byłem nią szczerze uroczony… Oparłem dłoń obok jej głowy i delikatnie musnąłem jej usta swoimi. Raz, krótko. Kiedy się poruszyła prawie, dostałem zawału. Natychmiast się od niej odsunąłem. Jak tylko ją ubiorę, muszę lecieć pod prysznic. Zimny prysznic. Ostrożnie uniosłem jej tors do góry, opierając ją na swoim ramieniu i nałożyłem jej swoją koszulkę. Potem wziąłem ją na ręce i położyłem inaczej. Zakryłem ją pościelą i uciekłem do łazienki. Uspokoiłem ciało i umysł pod strumieniem wody w zupełnej ciemności.
Wróciłem do niej i położyłem się na łóżko, ułożyłem się na poduszkach nad jej głową. Czuwałem.
Nagle usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi.
– Panienko? – Otworzyłem zielone kocie oczy i wydałem z siebie niski groźny pomruk. Patrzyłem na postać mężczyzny groźnie.
– Odejdź i zostaw ją – odezwałem się chłodno. Facet natychmiast zamknął drzwi i się wycofał. Spojrzałem na nią i odgarnąłem luźne kosmyki z jej twarzy. Potem znów zamknąłem oczy i zasnąłem w pełni świadomie.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
– Nawet jeśli ci to nie przeszkadza, to należy ci się szacunek. W wiosce nauczyli mnie w dość bolesny sposób nie patrzeć w dekolt kobiety, zwłaszcza kiedy się z nią rozmawia. Kobiecie patrzy się tylko w oczy, na jej twarz. Reszta zarezerwowana jest dla jej bliskich, męża, dzieci. Każda zasługuje na szacunek i traktowanie z godnością. Zwłaszcza te śliczne, takie jak ty. – Uśmiechnąłem się lekko, patrząc jej w oczy. Gładziłem ją lekko po głowie. – Masz piękne włosy, bardzo zadbane i takie miłe w dotyku – pochwaliłem ją. – Poza tym masz bardzo delikatne dłonie, podobało mi się, jak mnie miziałaś. No i przepraszam za ten atak w bibliotece, kocia natura.
– Za dużo gadasz – oznajmiła, odtykając na chwilę moją koszulkę od ust. Zaśmiałem się wtedy i odruchowo przytuliłem ją do swojej piersi ramieniem. Odetchnąłem i zamknąłem oczy.
– Miło się tak razem siedzi… – zamruczałem sennie.
– Nie w najgorszy dzień w roku.
– No może. Ale czy gdyby nie taka sytuacja to, czy miałabyś czas i chęci, aby sobie tak ze mną poleżeć? – zapytałem cicho.
– Nawet bym o tym nie pomyślała.
– No widzisz, a jest tak miło. – Uśmiechnąłem się.
– Tak, tak. A jak tam twoja rana?
– Nie wiem, nie sprawdzałem. Ale nie boli, więc raczej dobrze.
– Potem mi pokażesz.
– Nie trzeba, jest dobrze.
– Pokażesz mi ją i to jest rozkaz.
– Oddychaj. – Przycisnąłem jej koszulkę do nosa lekko, ale stanowczo. Zachichotałem cicho, widząc, jak się broni. Jest taka urocza i śliczna.
«Cynthia?»
– Za dużo gadasz – oznajmiła, odtykając na chwilę moją koszulkę od ust. Zaśmiałem się wtedy i odruchowo przytuliłem ją do swojej piersi ramieniem. Odetchnąłem i zamknąłem oczy.
– Miło się tak razem siedzi… – zamruczałem sennie.
– Nie w najgorszy dzień w roku.
– No może. Ale czy gdyby nie taka sytuacja to, czy miałabyś czas i chęci, aby sobie tak ze mną poleżeć? – zapytałem cicho.
– Nawet bym o tym nie pomyślała.
– No widzisz, a jest tak miło. – Uśmiechnąłem się.
– Tak, tak. A jak tam twoja rana?
– Nie wiem, nie sprawdzałem. Ale nie boli, więc raczej dobrze.
– Potem mi pokażesz.
– Nie trzeba, jest dobrze.
– Pokażesz mi ją i to jest rozkaz.
– Oddychaj. – Przycisnąłem jej koszulkę do nosa lekko, ale stanowczo. Zachichotałem cicho, widząc, jak się broni. Jest taka urocza i śliczna.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
–… Nie – wychrypiałem. – Wyglądasz jak śliczna, przestraszona kobieta szukająca pomocy i bezpieczeństwa… -wymruczałem i zdjąłem koszulkę. Podałem jej ją i przytuliłem ją do nagiego torsu mocniej. Głaskałem jej plecy dalej spokojnie. Będę czekał, aż wszystko minie i póki znowu nie poczuje się pewna i bezpieczna. Mogę nawet wtedy oberwać, ważne, żeby teraz było wszystko w porządku. – Mogę mieć do ciebie prośbę…?
– Zależy, o co chodzi.
– Nie pij więcej…
– Nie.
– No dobrze, więc inaczej. Nie pij tyle, nie pasuje to do ciebie. Jesteś delikatną kobietą, a nie zdziczałym wojakiem.
– Alkohol na mnie nie działa. Piję wino tylko dla smaku i z przyzwyczajenia.
– I tak mi to nie pasuje.
– Twoje zdanie nie ma żadnego znaczenia. Koniec tej rozmowy. Idź i przynieś coś na przebranie. – mruknęła, przytykając moją koszulkę pod nos. Westchnąłem i wstałem powoli. Poszedłem do jej szafy i wyciągnąłem pierwszą lepszą rzecz. Po drodze wziąłem jeszcze wilgotny ręcznik. Było ciepło. Fakt, a ona jeszcze pod tym kocem. Kiedy wróciłem do niej, odsunęła się trochę i zrzuciła koc z ramion. Bez skrępowania uniosła dół bluzki i zdjęła ją przy mnie. Wyciągnęła rękę po czystą, ale zignorowałem ją i stanąłem za nią. Przykucnąłem i otarłem jej plecy i kark z potu. Biustu nie tknąłem, dałem jej to zrobić. W czasie kiedy się chłodziła i obmywała, patrzyłem na jej blizny w milczeniu.
– Koszulka. – odezwała się, a ja podałem jej ubranie posłusznie. Założyła ją na siebie i już bez koca oparła się o mnie znowu. Otoczyłem ją ramieniem i spojrzałem w sufit, żeby nie patrzeć jej w dekolt. Siedzieliśmy w milczeniu, oparci o siebie. Ja cały czas unikałem patrzenia w dół, próbując znaleźć coś interesującego na wysokości moich oczu albo sufitu. W pewnym momencie zacząłem sobie gwizdać.
– Cysia?
– Hmmm?
– Skąd te blizny?
«Cynthia?»
– Zależy, o co chodzi.
– Nie pij więcej…
– Nie.
– No dobrze, więc inaczej. Nie pij tyle, nie pasuje to do ciebie. Jesteś delikatną kobietą, a nie zdziczałym wojakiem.
– Alkohol na mnie nie działa. Piję wino tylko dla smaku i z przyzwyczajenia.
– I tak mi to nie pasuje.
– Twoje zdanie nie ma żadnego znaczenia. Koniec tej rozmowy. Idź i przynieś coś na przebranie. – mruknęła, przytykając moją koszulkę pod nos. Westchnąłem i wstałem powoli. Poszedłem do jej szafy i wyciągnąłem pierwszą lepszą rzecz. Po drodze wziąłem jeszcze wilgotny ręcznik. Było ciepło. Fakt, a ona jeszcze pod tym kocem. Kiedy wróciłem do niej, odsunęła się trochę i zrzuciła koc z ramion. Bez skrępowania uniosła dół bluzki i zdjęła ją przy mnie. Wyciągnęła rękę po czystą, ale zignorowałem ją i stanąłem za nią. Przykucnąłem i otarłem jej plecy i kark z potu. Biustu nie tknąłem, dałem jej to zrobić. W czasie kiedy się chłodziła i obmywała, patrzyłem na jej blizny w milczeniu.
– Koszulka. – odezwała się, a ja podałem jej ubranie posłusznie. Założyła ją na siebie i już bez koca oparła się o mnie znowu. Otoczyłem ją ramieniem i spojrzałem w sufit, żeby nie patrzeć jej w dekolt. Siedzieliśmy w milczeniu, oparci o siebie. Ja cały czas unikałem patrzenia w dół, próbując znaleźć coś interesującego na wysokości moich oczu albo sufitu. W pewnym momencie zacząłem sobie gwizdać.
– Cysia?
– Hmmm?
– Skąd te blizny?
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
– Cynthia, co jest? – zapytałem i podszedłem do niej. Kucnąłem obok i położyłem dłoń na jej plecach
– Zostaw mnie, odejdź! – krzyknęła.
– Ty się boisz… – Zauważyłem i delikatnie pogłaskałem ją po plecach.
– Masz wyjść i mnie zostawić! – wykrzyknęła znowu. Zrobiło mi się jej żal.
– Nie, zostanę z tobą. Spróbuj włożyć sobie palec do gardła, powinno pomóc, wywołać wymioty. Albo ja mam to zrobić, co? – zapytałem łagodnie. Kiedy zbliżyłem dłoń do jej twarzy, zobaczyłem przestraszone zwierzę, a nie odważnego Dziedzica. – Zostawię cię na chwilkę, a ty opróżnij żołądek, dobrze? Zaraz wrócę, obiecuję. – Wstałem i wyszedłem do jej pokoju. Wziąłem koc i szklankę wody. Wróciłem do niej. – Już, ulżyłaś sobie? – Wyciągnąłem do niej rękę z napojem. –Proszę, napij się. Cynthia…?
– …okna… drzwi… Zamknięte…? Zamknięte wszystkie... – mamrotała. Dopiero kiedy drugi raz podsunąłem jej szklankę, napiła się. Poszedłem od razu zamknąć drzwi i okna. Te drugie też zasłoniłem i wróciłem do niej. Widziałem, że chciała wstać. Wykorzystałem to i otuliłem jej ramiona kocem, przyciskając je do jej ciała. Podniosłem ją. Walczyła zaciekle jak lwica. Ale ja się nie poddawałem, trzymałem ją mocno. Kiedy trochę się uspokoiła, usiadłem z nią w łazience i wciągnąłem ją na swoje kolana. Tuliłem ją mocno, żeby czuła się bezpiecznie. Oparłem policzek na jej głowie i zamknąłem oczy. Myślałem, co ją tak przestraszyło, czyżby ogień? A jeśli tak to dlaczego? Wtedy przypomniały mi się jej blizny i zrobiło mi się jej jeszcze bardziej szkoda. Przytuliłem ją mocniej, ale żeby jej nie bolało.
– Ochronię cię, obiecuję… Nie musisz się bać – wyszeptałem
– Daj mi wina – mruknęła tylko
– Nie, nie dam ci. – odpowiedziałem
– To sobie je sama wezmę. – Poczułem, jak znowu się wyrywa. Trzymałem ją mocno, ale w końcu musiałem objąć ją też nogami.
– Siedź na miejscu, naleśniku, i się nie ruszaj – skarciłem ją i spojrzałem w dół. Naburmuszyła się. – Jakaś ty śliczna… – Nie zdążyłem ugryźć się w język. Cholera. Odwróciłem wzrok, trochę się czerwieniąc.
«Cynthia?»
– Zostaw mnie, odejdź! – krzyknęła.
– Ty się boisz… – Zauważyłem i delikatnie pogłaskałem ją po plecach.
– Masz wyjść i mnie zostawić! – wykrzyknęła znowu. Zrobiło mi się jej żal.
– Nie, zostanę z tobą. Spróbuj włożyć sobie palec do gardła, powinno pomóc, wywołać wymioty. Albo ja mam to zrobić, co? – zapytałem łagodnie. Kiedy zbliżyłem dłoń do jej twarzy, zobaczyłem przestraszone zwierzę, a nie odważnego Dziedzica. – Zostawię cię na chwilkę, a ty opróżnij żołądek, dobrze? Zaraz wrócę, obiecuję. – Wstałem i wyszedłem do jej pokoju. Wziąłem koc i szklankę wody. Wróciłem do niej. – Już, ulżyłaś sobie? – Wyciągnąłem do niej rękę z napojem. –Proszę, napij się. Cynthia…?
– …okna… drzwi… Zamknięte…? Zamknięte wszystkie... – mamrotała. Dopiero kiedy drugi raz podsunąłem jej szklankę, napiła się. Poszedłem od razu zamknąć drzwi i okna. Te drugie też zasłoniłem i wróciłem do niej. Widziałem, że chciała wstać. Wykorzystałem to i otuliłem jej ramiona kocem, przyciskając je do jej ciała. Podniosłem ją. Walczyła zaciekle jak lwica. Ale ja się nie poddawałem, trzymałem ją mocno. Kiedy trochę się uspokoiła, usiadłem z nią w łazience i wciągnąłem ją na swoje kolana. Tuliłem ją mocno, żeby czuła się bezpiecznie. Oparłem policzek na jej głowie i zamknąłem oczy. Myślałem, co ją tak przestraszyło, czyżby ogień? A jeśli tak to dlaczego? Wtedy przypomniały mi się jej blizny i zrobiło mi się jej jeszcze bardziej szkoda. Przytuliłem ją mocniej, ale żeby jej nie bolało.
– Ochronię cię, obiecuję… Nie musisz się bać – wyszeptałem
– Daj mi wina – mruknęła tylko
– Nie, nie dam ci. – odpowiedziałem
– To sobie je sama wezmę. – Poczułem, jak znowu się wyrywa. Trzymałem ją mocno, ale w końcu musiałem objąć ją też nogami.
– Siedź na miejscu, naleśniku, i się nie ruszaj – skarciłem ją i spojrzałem w dół. Naburmuszyła się. – Jakaś ty śliczna… – Nie zdążyłem ugryźć się w język. Cholera. Odwróciłem wzrok, trochę się czerwieniąc.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
– Ej, Cysia, co robisz? – zapytałem, widząc jej zachowanie. Westchnęła tylko.
– Zamknęli nas i klucz, który mógł nas uwolnić, został w zamku – odparła, tłumacząc mi wszystko.
– Ale super! Noc w bibliotece! – ucieszyłem się bardzo. Tyle miejsca do skakania, zabaw i to wszystko z nią! Wybiłem się lekko i wskoczyłem na połowę wysokości regału. Złapałem się szafek i przeskoczyłem na drugi, na samą górę. Miauknąłem przeciągle, czując ciut bolesną przemianę. To „prezent” od ojca, który nawet pewnie nie wie, że istnieję. Przeciągnąłem się, prężąc grzbiet. Zamknąłem oczy i oblizałem wydłużone kły. Rozchyliłem powieki i teraz miałem w pełni koci wzrok. Przeskoczyłem zręcznie na kolejny regał, machając ogonem.
– Złaź stamtąd! – usłyszałem jej polecenie. Zastrzygłem uszami i zabujałem końcówką ogona.
– Nie, chcę się bawić! Złap mnie, złap! – Śmiejąc się, zacząłem skakać dalej, zrzucając czasami książki albo poruszając ciężkie regały. Zacząłem gonić kurz, który wzbił się w powietrze ze starych ksiąg. Śmiałem się przy tym cały czas. Zeskoczyłem na ziemię miękko i zacząłem ją gonić. – Mała myszka. – Zachichotałem, przeskakując nad nią. Kiedy chwilę ją zmęczyłem i obrażona usiadła na ziemi, podszedłem do niej i wepchnąłem się jej na kolana. Wsunąłem jej głowę pod rękę do głaskania. Zwinąłem się w kłębek i przysnąłem, mrucząc głośno. Na początku nie czułem jej dłoni na swojej głowie, jak mnie głaszcze. Dopiero po dłuższej chwili zaczęła mnie miziać nieśmiało. Potem się rozkręciła, a ja mruczałem coraz głośniej.
Poczułem, jak się na mnie opiera, usłyszałem jej spokojny i równomierny oddech. Zasnęła. Uśmiechnąłem się lekko i zmieniłem pozycję, aby było jej ciepło i wygodnie.
Rano obudził mnie zapach dymu. Zmarszczyłem nos i otworzyłem oczy. Przeciągnąłem się i otrzepałem, zrzucając uszy, ogon i nadmierne owłosienie z ciała, które, gdy tylko dotknęło ziemi, rozpłynęło się w powietrzu. Usiadłem i rozejrzałem się.
– Cysia? – Nie zauważyłem jej nigdzie. Zostawiła mnie? Na wszelki wypadek sprawdzę. Wstałem i zacząłem chodzić po bibliotece. Znalazłem ją w kącie. – Cynthia?
«Cynthia?»
– Zamknęli nas i klucz, który mógł nas uwolnić, został w zamku – odparła, tłumacząc mi wszystko.
– Ale super! Noc w bibliotece! – ucieszyłem się bardzo. Tyle miejsca do skakania, zabaw i to wszystko z nią! Wybiłem się lekko i wskoczyłem na połowę wysokości regału. Złapałem się szafek i przeskoczyłem na drugi, na samą górę. Miauknąłem przeciągle, czując ciut bolesną przemianę. To „prezent” od ojca, który nawet pewnie nie wie, że istnieję. Przeciągnąłem się, prężąc grzbiet. Zamknąłem oczy i oblizałem wydłużone kły. Rozchyliłem powieki i teraz miałem w pełni koci wzrok. Przeskoczyłem zręcznie na kolejny regał, machając ogonem.
– Złaź stamtąd! – usłyszałem jej polecenie. Zastrzygłem uszami i zabujałem końcówką ogona.
– Nie, chcę się bawić! Złap mnie, złap! – Śmiejąc się, zacząłem skakać dalej, zrzucając czasami książki albo poruszając ciężkie regały. Zacząłem gonić kurz, który wzbił się w powietrze ze starych ksiąg. Śmiałem się przy tym cały czas. Zeskoczyłem na ziemię miękko i zacząłem ją gonić. – Mała myszka. – Zachichotałem, przeskakując nad nią. Kiedy chwilę ją zmęczyłem i obrażona usiadła na ziemi, podszedłem do niej i wepchnąłem się jej na kolana. Wsunąłem jej głowę pod rękę do głaskania. Zwinąłem się w kłębek i przysnąłem, mrucząc głośno. Na początku nie czułem jej dłoni na swojej głowie, jak mnie głaszcze. Dopiero po dłuższej chwili zaczęła mnie miziać nieśmiało. Potem się rozkręciła, a ja mruczałem coraz głośniej.
Poczułem, jak się na mnie opiera, usłyszałem jej spokojny i równomierny oddech. Zasnęła. Uśmiechnąłem się lekko i zmieniłem pozycję, aby było jej ciepło i wygodnie.
Rano obudził mnie zapach dymu. Zmarszczyłem nos i otworzyłem oczy. Przeciągnąłem się i otrzepałem, zrzucając uszy, ogon i nadmierne owłosienie z ciała, które, gdy tylko dotknęło ziemi, rozpłynęło się w powietrzu. Usiadłem i rozejrzałem się.
– Cysia? – Nie zauważyłem jej nigdzie. Zostawiła mnie? Na wszelki wypadek sprawdzę. Wstałem i zacząłem chodzić po bibliotece. Znalazłem ją w kącie. – Cynthia?
«Cynthia?»
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Od Krystiana CD Cynthia
Posłusznie odłożyłem wszystkie książki, a potem poszedłem rozejrzeć się po bibliotece. Mieli tu wiele wspaniałych książek. Niektóre brałem do ręki i czytałem ostrożnie wyrwane z kontekstu fragmenty. Wspaniale się potem bawiłem, składając z nich jedną całość. Sprawiło mi to wiele frajdy. Wybrałem sobie kilka tytułów i postanowiłem, że później po nie wrócę. Jakoś tak strasznie cicho więc poszedłem zobaczyć, co robi.
Zobaczyłem ją, jak wisiała przewieszona przez regał z wypiętym tyłkiem i cycem na wierzchu. No nie mogłem sobie odmówić przyjemności przyjrzenia się jej ciału w takiej pozycji. Jedyne co niszczyło jej piękne oblicze to była blizna na plecach. Ciekawe skąd ją ma...? Kiedy nacieszyłem oczy, postanowiłem się odezwać.
– Co ty właściwie robisz? – zapytałem głośno. Chyba o mnie zapomniała, ponieważ wystraszona podskoczyła i ześlizgnęła się do przodu. Zaczęła spadać. Moje ciało zareagowało od razu. Spiąłem mięśnie nóg i wybiłem się z ziemi. Złapałem ją w pół tuż pod biustem i opadłem miękko na ziemię. Trzymałem ją tak chwilę, zanim zaczęła się wydzierać i rzucać, że mam ją puścić. Zrobiłem to, zanim zdążyła kopnąć mnie w nos. Oczywiście nie tak na hop siu w dół, żeby nie złamała sobie kręgosłupa. Pochyliłem się do przodu i kiedy jej nogi dotknęły ziemi, odsunąłem się natychmiast, odskakując. W razie jakby tygrysek się wkurzył. Patrzyłem na nią, kiedy oddychała głęboko dalej trochę pochylona. Chyba się przestraszyła. Położyłem jej dłoń na ramieniu. – Więc powiesz mi, co tam robiłaś cyrkowcu? – Uśmiechnąłem się do niej.
«Cynthia?»
Zobaczyłem ją, jak wisiała przewieszona przez regał z wypiętym tyłkiem i cycem na wierzchu. No nie mogłem sobie odmówić przyjemności przyjrzenia się jej ciału w takiej pozycji. Jedyne co niszczyło jej piękne oblicze to była blizna na plecach. Ciekawe skąd ją ma...? Kiedy nacieszyłem oczy, postanowiłem się odezwać.
– Co ty właściwie robisz? – zapytałem głośno. Chyba o mnie zapomniała, ponieważ wystraszona podskoczyła i ześlizgnęła się do przodu. Zaczęła spadać. Moje ciało zareagowało od razu. Spiąłem mięśnie nóg i wybiłem się z ziemi. Złapałem ją w pół tuż pod biustem i opadłem miękko na ziemię. Trzymałem ją tak chwilę, zanim zaczęła się wydzierać i rzucać, że mam ją puścić. Zrobiłem to, zanim zdążyła kopnąć mnie w nos. Oczywiście nie tak na hop siu w dół, żeby nie złamała sobie kręgosłupa. Pochyliłem się do przodu i kiedy jej nogi dotknęły ziemi, odsunąłem się natychmiast, odskakując. W razie jakby tygrysek się wkurzył. Patrzyłem na nią, kiedy oddychała głęboko dalej trochę pochylona. Chyba się przestraszyła. Położyłem jej dłoń na ramieniu. – Więc powiesz mi, co tam robiłaś cyrkowcu? – Uśmiechnąłem się do niej.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Odprowadziłem ją wzrokiem, kiedy odchodziła, a potem poszedłem umyć konia. Mimo że miał miejsce w boksie, wolałem trzymać go na wybiegu. Może kiedyś postawię mu tam stajnię tylko dla niego, jak już sobie zapracuję. Na razie musi mu starczyć okrągły wybieg.
Kiedy koń był już czysty, sam poszedłem się umyć. Wróciłem do pokoju i ruszyłem do łaźni. Podczas kąpieli wymyłem również ranę wodą i poszedłem się przespać.
Obudziłem się po południu, dawno po obiedzie. Usiadłem przy ścianie i zacząłem malować kolejną postać. A właściwie zwierzę. Nanosiłem na obraz postać Jardana. Kiedy skończyłem ogiera, wstałem, żeby odsunąć łóżko. Tam zacząłem obraz kobiety. Szybko jednak zrezygnowałem, ciskając pędzlem. Podniosłem się, wytarłem ręce w spodnie i wyszedłem na korytarz. To gdzie teraz? Może warto by ją przeprosić?
Stanąłem pod jej pokojem. Zapukałem, ale nikt nie odpowiadał. Zastukałem więc jeszcze raz.
– Cynthia? To ja, em... N2. Słuchaj, ja chciałem cię przeprosić za to. Zachowałem się jak głupi szczeniak. Chociaż dla ciebie chyba właśnie nim jestem... Nie powinienem cię tak traktować a przede wszystkim tak nazywać. Przepraszam, proszę, wybacz mi i daj jakąś karę. Bo należy mi się, przecież obraziłem przełożoną i w ogóle. Ale fajnie dziś było. Jesteś naprawdę dobra. Udało ci się mnie powalić. Muszę się w takim razie jeszcze wiele nauczyć... Miło będzie jakbyś chciała mi pomóc. Uczyć takiego głupiego szczeniaka. Co Ty na to...? – Czekałem na odpowiedź. – Cysia? – Uderzyłem znów w drzwi. – Halo, Cynthia?! Ej, Cysia! Jesteś tam?! – Trochę się zaniepokoiłem. Szarpnąłem za klamkę. Otwarte. Wpadłem do pokoju. – Cynthia?!
– No czego?! – usłyszałem głos za swoimi plecami.
Kiedy koń był już czysty, sam poszedłem się umyć. Wróciłem do pokoju i ruszyłem do łaźni. Podczas kąpieli wymyłem również ranę wodą i poszedłem się przespać.
Obudziłem się po południu, dawno po obiedzie. Usiadłem przy ścianie i zacząłem malować kolejną postać. A właściwie zwierzę. Nanosiłem na obraz postać Jardana. Kiedy skończyłem ogiera, wstałem, żeby odsunąć łóżko. Tam zacząłem obraz kobiety. Szybko jednak zrezygnowałem, ciskając pędzlem. Podniosłem się, wytarłem ręce w spodnie i wyszedłem na korytarz. To gdzie teraz? Może warto by ją przeprosić?
Stanąłem pod jej pokojem. Zapukałem, ale nikt nie odpowiadał. Zastukałem więc jeszcze raz.
– Cynthia? To ja, em... N2. Słuchaj, ja chciałem cię przeprosić za to. Zachowałem się jak głupi szczeniak. Chociaż dla ciebie chyba właśnie nim jestem... Nie powinienem cię tak traktować a przede wszystkim tak nazywać. Przepraszam, proszę, wybacz mi i daj jakąś karę. Bo należy mi się, przecież obraziłem przełożoną i w ogóle. Ale fajnie dziś było. Jesteś naprawdę dobra. Udało ci się mnie powalić. Muszę się w takim razie jeszcze wiele nauczyć... Miło będzie jakbyś chciała mi pomóc. Uczyć takiego głupiego szczeniaka. Co Ty na to...? – Czekałem na odpowiedź. – Cysia? – Uderzyłem znów w drzwi. – Halo, Cynthia?! Ej, Cysia! Jesteś tam?! – Trochę się zaniepokoiłem. Szarpnąłem za klamkę. Otwarte. Wpadłem do pokoju. – Cynthia?!
– No czego?! – usłyszałem głos za swoimi plecami.
«Cynthia?»
czwartek, 4 maja 2017
Od Krystiana CD Cynthia
Zacząłem pluć błotem, które znalazło się w moich ustach.
– Ciężka jesteś
– Ej! – Dźgnęła mnie palcami boleśnie. Sapiąc, podniosłem się na ramionach i jedną ręką złapałem ją za nogę. Podsunąłem ją pod siebie i przetoczyłem się na bok, przewracając ją i jednocześnie unieruchamiając. Piętą drugiej nogi zaczęła kopać mnie w pierś, ale nie reagowałem na to. Wciąż próbowała uwolnić nogę spode mnie, ale wciąż trzymałem ją dłonią. Szarpaliśmy się tak w błocie, jak świnie, ja wciąż próbowałem trzymać ją mocno i zgarnąć nową kulkę. Zebrałem garść błota i rzuciłem jej ją na twarz. Podniosłem się szybko i przytrzymałem ją. Zdążyłem, bo już rzucała się oddać mi. Podniosłem się, odchylając lekko, żeby nie polecieć z nią do przodu. Wziąłem ją pod pachę i nasmarowałem błotem, podsuwając lekko jej ubranie. Starała się wyrwać, krzyczała na mnie i biła dłońmi. Spociłem się, walcząc z nią, ona już też była zmęczona trochę. Gwizdnąłem na konia i z trudem (bo wciąż się rzucała) dosiadłem wciąż niepewnego ogiera. Trzymając jedną dłonią wodze, pokierowałem konia do szerokiego poidła. Spojrzałem na nią i ustawiłem konia bokiem, tak, że wsiała idealnie nad.
– Czas się umyć. – Opuściłem ją tam. Wpadła do wody z piskiem. – Wygrałem – wyszczerzyłem się do niej. Dziewczyna odgarnęła włosy i spojrzała na mnie z chęcią mordu. Znowu spłoszyła konia, na co nie byłem przygotowany. Spadłem na ziemie jakoś tak dziwnie na bark, który zaczął boleć jak cholera. Zakląłem i złapałem się koło szyi, sycząc. Zaczęła się śmiać znowu.
– Ze mną nikt nie wygra. – Uśmiechnęła się i wyszła z poidła. Ja skierowałem na nią wkurzony wzrok. Czemu z nią zawsze spotyka mnie coś niemiłego?! – Co ci jest? – zapytała, zauważając moją minę i słysząc przekleństwa lecące z mojej strony.
– Nic – warknąłem. – Wygrałaś i daj mi spokój. – Wstałem i zacząłem iść do konia, żeby go uspokoić. Złapałem za wodze i przycisnąłem czoło do końskiego łba. Niestety ktoś upuścił wiadro i ogier wyrwał w bok, ciągnąc moje ramię. Chyba właśnie nastawił mi ten bark. Udało mi się nie wydrzeć na całe miasto. Aż usiadłem, zamykając oczy. Wkurzony już na maksa doskoczyłem do konia i wyciszyłem go. Zamknąłem ogiera i odwróciłem się do niej. – Przyjemna walka mimo wszystko, dzięki za rozrywkę.
– Ciężka jesteś
– Ej! – Dźgnęła mnie palcami boleśnie. Sapiąc, podniosłem się na ramionach i jedną ręką złapałem ją za nogę. Podsunąłem ją pod siebie i przetoczyłem się na bok, przewracając ją i jednocześnie unieruchamiając. Piętą drugiej nogi zaczęła kopać mnie w pierś, ale nie reagowałem na to. Wciąż próbowała uwolnić nogę spode mnie, ale wciąż trzymałem ją dłonią. Szarpaliśmy się tak w błocie, jak świnie, ja wciąż próbowałem trzymać ją mocno i zgarnąć nową kulkę. Zebrałem garść błota i rzuciłem jej ją na twarz. Podniosłem się szybko i przytrzymałem ją. Zdążyłem, bo już rzucała się oddać mi. Podniosłem się, odchylając lekko, żeby nie polecieć z nią do przodu. Wziąłem ją pod pachę i nasmarowałem błotem, podsuwając lekko jej ubranie. Starała się wyrwać, krzyczała na mnie i biła dłońmi. Spociłem się, walcząc z nią, ona już też była zmęczona trochę. Gwizdnąłem na konia i z trudem (bo wciąż się rzucała) dosiadłem wciąż niepewnego ogiera. Trzymając jedną dłonią wodze, pokierowałem konia do szerokiego poidła. Spojrzałem na nią i ustawiłem konia bokiem, tak, że wsiała idealnie nad.
– Czas się umyć. – Opuściłem ją tam. Wpadła do wody z piskiem. – Wygrałem – wyszczerzyłem się do niej. Dziewczyna odgarnęła włosy i spojrzała na mnie z chęcią mordu. Znowu spłoszyła konia, na co nie byłem przygotowany. Spadłem na ziemie jakoś tak dziwnie na bark, który zaczął boleć jak cholera. Zakląłem i złapałem się koło szyi, sycząc. Zaczęła się śmiać znowu.
– Ze mną nikt nie wygra. – Uśmiechnęła się i wyszła z poidła. Ja skierowałem na nią wkurzony wzrok. Czemu z nią zawsze spotyka mnie coś niemiłego?! – Co ci jest? – zapytała, zauważając moją minę i słysząc przekleństwa lecące z mojej strony.
– Nic – warknąłem. – Wygrałaś i daj mi spokój. – Wstałem i zacząłem iść do konia, żeby go uspokoić. Złapałem za wodze i przycisnąłem czoło do końskiego łba. Niestety ktoś upuścił wiadro i ogier wyrwał w bok, ciągnąc moje ramię. Chyba właśnie nastawił mi ten bark. Udało mi się nie wydrzeć na całe miasto. Aż usiadłem, zamykając oczy. Wkurzony już na maksa doskoczyłem do konia i wyciszyłem go. Zamknąłem ogiera i odwróciłem się do niej. – Przyjemna walka mimo wszystko, dzięki za rozrywkę.
«Cynthia?»
Od Krystiana CD Cynthia
Nie marnowałem czasu na sen. Kiedy tylko zregenerowałem siły, pobiegłem wyczyścić stajnię, a potem do Jardana. Musiałem przyzwyczaić go do sprzętu i tego, że rządzi jeździec. No i miał problemy z innymi ludźmi. Nie chciał dać do siebie podejść. Gryzł i kopał. Z jednej strony mam pewność, że raczej nikt nie odważy się go ukraść, ale znowu nie wiem, jak będzie reagował w mieście. Był mądry i nie bał się, nie tak jak większość koni. Było jeszcze ciemno, kiedy wyszedłem do niego z marchewką, którą zgarnąłem z kuchni. Później za nią oddam, na pewno. Ze stajni zabrałem luźne ogłowie ze smakowym kiełznem i koc do jazdy. Podszedłem do niego, cmokając i wołając jego imię. Strzygł uszami, patrząc w moją stronę, kopytem grzebał w ziemi. Nie poznał mnie jeszcze.
«Cynthia?»
– Jardan, dzikusie. To ja Krystian, no, spokojnie
– Więc tak Ci na imię – usłyszałem za swoimi plecami. Odwróciłem w tamtą stronę głowę i spojrzałem na Cysię. – Co to za koń?
– Jardan, udało mi się go oswoić. Był zupełnym dzikusem, kiedy go przyprowadzili. Co tu robisz?
– Patrzę, ciołku.
– No dobra, ale czemu chodzisz, jak stopy?
– Chodzę, bo mogę i się nudzę. A Ty czemu nie śpisz?
– Chcę z nim dużo pracować, żeby szybko go wszystkiego nauczyć. Jest bardzo pojętnym uczniem. – Poklepałem ogiera po szyi i podałem mu marchew.
– Yhym, a jak Twoja rana?
– Nie boli, nie leje się z niej jakoś bardzo. No, czasami jak ruszam się za intensywnie, to wtedy boli i krwawi mocniej. Ale tak to jest dobrze. A Twoje?
– Wszystko zagojone
– Jak to?
– Nie twój interes – dała mi jasno do zrozumienia, że nie porozmawiamy sobie o tym.
– No dobra... A mogę wiedzieć, co cię tak tam zatrzymało?
– Nie było tego kupca, którego potrzebowałam. Nie miałam głowy do wysyłania wiadomości.
– Aha, no dobra.
– A co, martwiłeś się? – zaczęła zaczepnie.
– No i to nawet bardzo. Ale nie gorzej niż twój Ojciec. – Chyba ją to zabolało albo zasmuciło. Albo to i to. Dlatego odwróciłem się do konia i spróbowałem zachęcić go do wzięcia wędzidła do pyska. Oby się przy tym nie wściekał w przyszłości. W końcu się przekonał i na szczęście zaczął przeżuwać. Położyłem na jego grzbiecie koc i zobaczyłem, jak zareaguje. Odwrócił łeb i złapał za bok materiału. Ściągnął go zębami z siebie. Uśmiechnąłem się tylko i zabrałem mu koc. Znów położyłem go na jego plecach i dosiadłem. Ruszył kłusem od razu, wyginając szyję do tyłu i unosząc głowę. Trzymałem wodze łagodnie. Trochę tańczył, ale w końcu się uspokoił. Wydałem z siebie okrzyk radości i puściłem wodze luźno. Spojrzałem na Cynthię uśmiechnięty. – Dobrze, że już wróciłaś. Nudno mi tu bez ciebie, krasnalku.
– Więc tak Ci na imię – usłyszałem za swoimi plecami. Odwróciłem w tamtą stronę głowę i spojrzałem na Cysię. – Co to za koń?
– Jardan, udało mi się go oswoić. Był zupełnym dzikusem, kiedy go przyprowadzili. Co tu robisz?
– Patrzę, ciołku.
– No dobra, ale czemu chodzisz, jak stopy?
– Chodzę, bo mogę i się nudzę. A Ty czemu nie śpisz?
– Chcę z nim dużo pracować, żeby szybko go wszystkiego nauczyć. Jest bardzo pojętnym uczniem. – Poklepałem ogiera po szyi i podałem mu marchew.
– Yhym, a jak Twoja rana?
– Nie boli, nie leje się z niej jakoś bardzo. No, czasami jak ruszam się za intensywnie, to wtedy boli i krwawi mocniej. Ale tak to jest dobrze. A Twoje?
– Wszystko zagojone
– Jak to?
– Nie twój interes – dała mi jasno do zrozumienia, że nie porozmawiamy sobie o tym.
– No dobra... A mogę wiedzieć, co cię tak tam zatrzymało?
– Nie było tego kupca, którego potrzebowałam. Nie miałam głowy do wysyłania wiadomości.
– Aha, no dobra.
– A co, martwiłeś się? – zaczęła zaczepnie.
– No i to nawet bardzo. Ale nie gorzej niż twój Ojciec. – Chyba ją to zabolało albo zasmuciło. Albo to i to. Dlatego odwróciłem się do konia i spróbowałem zachęcić go do wzięcia wędzidła do pyska. Oby się przy tym nie wściekał w przyszłości. W końcu się przekonał i na szczęście zaczął przeżuwać. Położyłem na jego grzbiecie koc i zobaczyłem, jak zareaguje. Odwrócił łeb i złapał za bok materiału. Ściągnął go zębami z siebie. Uśmiechnąłem się tylko i zabrałem mu koc. Znów położyłem go na jego plecach i dosiadłem. Ruszył kłusem od razu, wyginając szyję do tyłu i unosząc głowę. Trzymałem wodze łagodnie. Trochę tańczył, ale w końcu się uspokoił. Wydałem z siebie okrzyk radości i puściłem wodze luźno. Spojrzałem na Cynthię uśmiechnięty. – Dobrze, że już wróciłaś. Nudno mi tu bez ciebie, krasnalku.
«Cynthia?»
wtorek, 2 maja 2017
Od Krystiana CD Cynthia
Byłem właśnie u Jardana, kiedy usłyszałem, jak ktoś wjeżdża na plac. Trzymając koński osprzęt, wyszedłem z zagrody i wyjrzałem na plac. Zobaczyłem ją, jak szła obok konia objuczonego w różne pakunki. Oboje byli zmęczeni, wyczerpani i pewnie głodni. Ruszyłem biegiem w jej stronę a ogier za mną. Kiedy do niej dotarłem, wziąłem ją w ramiona i przycisnąłem do siebie, unosząc tego krasnala do góry. Trzymałem ją bardzo blisko siebie. Pachniała krwią i potem. Coś się stało, z pewnością. Postawiłem ją na ziemi i obejrzałem dokładnie, nie miała butów.
– Gdzie masz obuwie?
– Straciło się – odparła wymijająco. Natychmiast wziąłem ją na ręce i ruszyłem do gildii. Swoim darciem się pomogła obudzić mi tylko innych do pomocy przy rozładunku.
Na początku pobiegłem do jej zmartwionego ojca. Obudziłem go pukaniem, ale chyba się ucieszył, że mógł już teraz ją spotkać. Nie miałem zamiaru stawiać jej na ziemi, co jasno okazałem Ojcu, więc czułościami wymienili się na moich rękach. Przeprosiłem szefa i zabrałem ją do jej pokoju. Posadziłem ją na łóżku i spojrzałem na nią.
– Siedź, bo jak znajdę cię gdzie indziej, to przywiążę do tego łóżka – odezwałem się poważnie i wyszedłem po miskę z wodą i opatrunki. Kiedy wróciłem, dalej siedziała na miejscu. Pewnie bardzo bolało. Postawiłem miednicę i ręczniki na ziemi. Bandaże położyłem troszkę dalej, żeby ich nie zalać. Namydliłem jedną szmatkę i ująłem delikatnie jej stopy. Zacząłem obmywać ranę z brudu, piachu i kami. Najpierw jedną, potem drugą. Kiedy skończyłem myć jej stopy, oblałem je chłodną wodą i powycierałem, ocierając je delikatnie dłońmi okrytymi ręcznikiem. Następnie zawinąłem rany bandażem i posunąłem ją pod kołdrę. Wyniosłem misę z ręcznikami i pobiegłem do kuchni zrobić jej jakiś posiłek. Choćby zwykłe kanapki. Wróciłem do niej z pełnym talerzem i kubkiem ciepłej herbaty. Podałem jej to wszystko.
– Stęskniłem się za Tobą... – przyznałem się cicho, kiedy jadła.
– Gdzie masz obuwie?
– Straciło się – odparła wymijająco. Natychmiast wziąłem ją na ręce i ruszyłem do gildii. Swoim darciem się pomogła obudzić mi tylko innych do pomocy przy rozładunku.
Na początku pobiegłem do jej zmartwionego ojca. Obudziłem go pukaniem, ale chyba się ucieszył, że mógł już teraz ją spotkać. Nie miałem zamiaru stawiać jej na ziemi, co jasno okazałem Ojcu, więc czułościami wymienili się na moich rękach. Przeprosiłem szefa i zabrałem ją do jej pokoju. Posadziłem ją na łóżku i spojrzałem na nią.
– Siedź, bo jak znajdę cię gdzie indziej, to przywiążę do tego łóżka – odezwałem się poważnie i wyszedłem po miskę z wodą i opatrunki. Kiedy wróciłem, dalej siedziała na miejscu. Pewnie bardzo bolało. Postawiłem miednicę i ręczniki na ziemi. Bandaże położyłem troszkę dalej, żeby ich nie zalać. Namydliłem jedną szmatkę i ująłem delikatnie jej stopy. Zacząłem obmywać ranę z brudu, piachu i kami. Najpierw jedną, potem drugą. Kiedy skończyłem myć jej stopy, oblałem je chłodną wodą i powycierałem, ocierając je delikatnie dłońmi okrytymi ręcznikiem. Następnie zawinąłem rany bandażem i posunąłem ją pod kołdrę. Wyniosłem misę z ręcznikami i pobiegłem do kuchni zrobić jej jakiś posiłek. Choćby zwykłe kanapki. Wróciłem do niej z pełnym talerzem i kubkiem ciepłej herbaty. Podałem jej to wszystko.
– Stęskniłem się za Tobą... – przyznałem się cicho, kiedy jadła.
«Cynthia?»
Subskrybuj:
Posty (Atom)